W Wiźnie powstał mural upamiętniający postać majora Władysława Raginisa - dowódcy obrony odcinka Wizna podczas kampanii wrześniowej. Czy słusznie czcimy pamięć bohatera, który w obliczu klęski popełnił samobójstwo, rozrywając się granatem? Czy zapisana na kartach historii bitwa określana mianem "Polskich Termopil" zasługuje na to zaszczytne porównanie? Nowe światło na wydarzenia września 1939 r. rzuca szereg badań przeprowadzonych przez Tomasza Wesołowskiego, pracownika Instytutu Historii i Nauk Politycznych Uniwersytetu w Białymstoku, autora szeregu publikacji o tematyce wojskowej.
Malowidło wykonane przez studentów gdańskiej ASP - Wojciecha Woźniaka i Klaudię Szalecką - powstało z inicjatywy stowarzyszenia "Wizna 1939". Zdjęcie, na którym wzorowany jest mural pochodzi z prywatnych zbiorów Dariusza Szymanowskiego, pomysłodawcy projektu. Mural został sfinansowany przez fundację "Honor, Ojczyzna", noszącej imię Władysława Raginisa, awansowanego pośmiertnie do stopnia majora. Dla jednych - symbol odwagi i męstwa, dla innych - niedoświadczony dowodzący, któremu nie udało się powstrzymać uciekających z pola walki żołnierzy. Podobnie jest z bitwą. Większość historyków uważa, że postawa obrońców Wizny to fenomen porównywalny do obrony Greków przed Persami w przesmyku termopilskim - garstka (ok. 700) polskich żołnierzy stawiła czoła nieopisanej potędze wroga, w sile ponad 40 tys.
Innego zdania jest dr Tomasz Wesołowski z UwB, który twierdzi - opierając się na niemieckich archiwach wojskowych - że to nie męstwo polskich żołnierzy opóźniło przemarsz armii niemieckiej, lecz ...złe wyliczenia Niemców. Otóż, według badacza, aby przeprawić dywizję wrogie wojska musiały postawić most pontonowy o nośności 16 ton. Niemiecka armia dysponowała szeregiem kolumn pontonowych, jednak elementów wystarczyło jedynie na postawienie mostu długości 54 metrów. Jak się później okazało, Narew miała w tym miejscu ponad 60 metrów.
Kolejna przyjęta przez historyka teza głosi, że przyjmowana dotychczas dysproporcja walczących (700 i 40 tys.) jest wynikiem mitu jaki zaczął narastać w czasach peerelu, u schyłku lat pięćdziesiątych. Wesołowski poddaje pod wątpliwość te liczby - szczególnie podważa - jak się przyjęło uważać - znaczną przewagę Niemców, zadając pytanie o miejsce grobów poległych. Badacz kwestionuje także męstwo polskich żołnierzy zarzucając im dezercję. Twierdzi, że większość walczących po polskiej stronie ...opuściła pole bitwy w obliczu nieuchronnej klęski, powołując się przy tym na fakt, że 8 września w Osowcu został powołany sąd polowy dla dezerterów. Na koniec badacz krytykuje także postawę samego dowódcy, który dotrzymując przysięgi, że żywy nie opuści pola bitwy, popełnia samobójstwo, rozrywając się granatem.
Pomimo, iż walka obecnie dla wielu z nas wydawać się może bezsensowna, należy pamiętać, że dla dowódcy bardzo istotne były pojęcia niepodległości i wolności swojej Ojczyzny.