Wczoraj wieczorem telewizja TVN w programie "Uwaga" wyemitowała reportaż, według którego wręcz dantejskie sceny działy się w szkole podstawowej w Nadborach k/Jedwabnego. Jak wynika z materiału przygotowanego przez dziennikarzy TVN, dzieci były przez nauczycielkę wiązane i upokarzane.
- Do Prokuratury Rejonowej w Łomży wpłynęło anonimowe pismo, z którego treści wynika, że jedna z nauczycielek, zatrudniona w dwóch szkołach powiatu łomżyńskiego stosowała przemoc wobec uczniów. W tej sytuacji pismo przesłałem do Komendy Miejskiej Policji w Łomży oraz do Kuratorium Oświaty i Wychowania w Białymstoku. Po uzyskaniu informacji od tych organów, będzie podjęta decyzja co do dalszego postępowania – mówi Dariusz Błażejczyk Prokurator Rejonowy w Łomży.
Nauczycielka, o której mowa w anonimowym doniesieniu, to Jolanta T. Pracowała ona w szkole w Nadborach, obecnie uczy w "zerówce" w Jedwabnem.
- Ja przez całą swoją karierę ani nie uderzyłam dziecka, ani nie przywiązałam do kaloryfera. Ja nie stosuję i nie stosowałam wobec dzieci żadnej przemocy - zaprzecza Jolanta T.
- Moja córka powiedziała mi, że pani na nich krzyczała. Jeżeli któreś dziecko się za głośno zachowywało, to pani zaklejała im taśmą twarz – opowiada ojciec jednej z uczennic.
Sprawa "wyszła" dopiero po kilku latach. Kiedy dzieci czytały na lekcji wiersz „Nasza pani”, a potem oceniały swoją panią, nawiązały do tego, jak były traktowane, gdy były w zerówce. Nowa wychowawczyni poprosiła dzieci, by o wszystkim opowiedziały w domu. Po tym doszło do spotkania rodziców z obecną wychowawczynią swoich dzieci.
- Spotkaliśmy się z panią nauczycielką i zaczęliśmy rozmawiać. Wtedy pani nauczycielka wszystko nam opowiedziała, co i jak. Okazało się, że nasze dziecko było wiązane i koleżanki dziecko było wiązane, po prostu prawie wszystkie dzieci były wiązane. Gdy wróciliśmy do domu, to zaczęliśmy z dzieckiem od nowa rozmawiać. Dopiero wczoraj wszystko nam powiedział. Byliśmy wstrząśnięci tym, co usłyszeliśmy – opowiada mama wiązanego ucznia.
Dyrektor szkoły Andrzej Narewski mówi, że nie wierzy w prawdziwość tych opowieści. Twierdzi też, że dopiero w piątek po raz pierwszy o tym usłyszał, nie miał więc czasu, by przez weekend zareagować.
- Psychologa wezwiemy jak będzie taka potrzeba. Jeżeli faktycznie byłaby tu taka sprawa, to ja jako pierwszy bym krzyczał, że trzeba tę osobą zwolnić i zająć się dobrem dzieci. Ale ja w to wszystko na razie nie wierzę – stwierdził dyrektor.
Czy rzeczywiście w Nadborach miała miejsce taka sytuacja? Choć pani psycholog twierdzi w reportażu, że jej zdaniem dzieci mówią prawdę, to jednak nasuwa się sporo wątpliwości. Choćby to, że tylko dzieci z jednego rocznika i to po kilku latach opowiadają o przemocy wobec nich. Czy to ma znaczyć, że nauczycielka specjalnie je sobie upatrzyła? Jeśli ktoś ma skłonności do przemocy, to ma je chyba przez cały czas, a nie wyrywkowo? Czemu nikt nie zauważył, że coś jest nie tak wtedy, kiedy ta sytuacja miała miejsce? Ani rodzice, ani nauczyciele, ani dyrekcja... W tak małej szkole, w której uczy się zaledwie kilkadziesiąt dzieci, takich rzeczy nie da się ukryć. Z osądami trzeba poczekać na ustalenia policji i prokuratury, bo łatwo skrzywdzić kogoś niewinnego. Wydaje się, że koledzy dziennikarze z ogólnopolskiej stacji chyba jednak już mają w głowach wyrok na nauczycielkę. Czy nie zbyt szybko?
Reportaż TVN można obejrzeć na stronie: http://uwaga.tvn.pl/reportaze