Ledwo zaczęły się wakacje i pierwsze urlopowe wyjazdy, a kierowcy jadący trasą S8 dostali od drogowców "prezent". Od wczorajszego południa oficjalnie działa nowy odcinkowy pomiar prędkości w województwie podlaskim. Ktokolwiek liczył na płynną, szybką podróż bez patrzenia na zegarek, będzie musiał mocno pilnować licznika. Szczególnie że nowy odcinek jest tak długi, że łatwo stracić czujność.
Kamery zamontowano na trasie między węzłem Kołaki a węzłem Mężenin. System monitoruje odcinek o długości dokładnie 10 kilometrów i 100 metrów. To sporo czasu na to, żeby na chwilę zapomnieć o przepisach i dać się złapać. Przypomnijmy: dla samochodów osobowych limit wynosi tu standardowe dla dróg ekspresowych 120 km/h, z kolei kierowcy ciężarówek muszą zwolnić do 80 km/h.
Centrum Automatycznego Nadzoru nad Ruchem Drogowym (CANARD) mocno podkręciło tempo z instalacją nowych urządzeń. Wszystko przez unijne fundusze i Krajowy Plan Odbudowy, z którego finansowana jest rozbudowa sieci. Założenia są twarde: do lipca tego roku na polskich drogach ma działać łącznie aż 128 takich systemów. Efekt jest taki, że komunikaty o nowych radarach, kamerach RedLight i odcinkowych pomiarach spływają ostatnio z każdej strony i z dużą intensywnością.
Dla tych, którzy regularnie kursują między Białymstokiem a Warszawą, trasa S8 staje się powoli jednym wielkim odcinkiem testowym dla cierpliwości kierowców. Kołaki–Mężenin to już piąty odcinkowy pomiar prędkości na tej drodze. Gdzie jeszcze trzeba zdjąć nogę z gazu? Kamery wiszą już na obwodnicy Ostrowi Mazowieckiej, kolejny punkt czeka na kierowców za Wyszkowem, następny między miejscowościami Ciemne i Zielonka, a ostatni maraton zaczyna się przed samymi Markami i ciągnie aż do Trasy Toruńskiej w Warszawie.
Jeśli komuś omsknie się noga na gazie, portfel ucierpi błyskawicznie. Stawki mandatów od dłuższego czasu są wyjątkowo wysokie, a przy przekroczeniu o ponad 30 km/h wchodzi w grę tzw. recydywa – czyli podwójna stawka, jeśli wpadniemy za to samo przewinienie drugi raz w ciągu dwóch lat.
Warto przypomnieć sobie ten taryfikator, zanim ruszy się w trasę:
Wniosek jest prosty: zamiast nerwowo kalkulować, zwalniać przed samymi bramkami (co przy pomiarze odcinkowym i tak nic nie da) i ryzykować urlopowy budżet, lepiej po prostu ustawić tempomat na przepisowe wartości. Pieniądze zdecydowanie bardziej przydadzą się nad morzem czy na Mazurach niż na koncie CANARD-u.