Po ostatnim meczu u siebie kibice ŁKS-u 1926 Łomża mieli nadzieję na pasmo zwycięstw. Determinacja i wola walki podopiecznych Krzysztofa Ogrodzińskiego pozwoliły myśleć, że wizja spadku to już przeszłość. Niestety, wyjazdowe starcie z Sokołem Aleksandrów Łódzki zakończyło się porażką i to nie małą - 0:5.
W ostatnim meczu Sokół rozgromił ŁKS 4:0. Hat-tricka zaliczył wtedy Kamil Żylski, a cegiełkę dołożył Jan Kadłubiak. W ponownym spotkaniu na ziemi łódzkiej odnotowaliśmy powtórkę z rozrywki i oddanie punktów rywalowi.
Pierwszą połowę obie drużyny rozpoczęły spokojnie, bez większego ciśnienia. W 14. minucie aleksandrowianie zdołali wywalczyć rzut rożny. Minutę później Aleksander Ślęzak przejął odbitą od słupka piłkę i dał Sokołowi prowadzenie 1:0. Bramka ożywiła rywali, którzy szybko przeszli do ofensywy. Kilka dobrych akcji wybronił nasz golkiper, aż do 27. minuty, kiedy w sytuacji sam na sam pokonał go Kamil Żylski.
Ten sam zawodnik podtrzymał dobrą passę Sokoła w drugiej połowie. W 48. minucie wykorzystał rzut karny i dał swojej drużynie przewagę. Choć łomżanie nie poddawali się i wyprowadzili kilka dobrych kontr, nie udało się przełożyć ich na gole. Pechowcem może nazwać się gracz ŁKS-u Reinaldo Melao, który chcąc przejąć dośrodkowanie rywala wpakował samobója i tym sposobem podwyższył wynik na 0:4. Gwóźdź do trumny wbił naszym „ełkaesiakom” Przemysław Woźniczak i na 5 minut przed gwizdkiem rozstrzygnął mecz na 0:5.
Walka o miejsce w lidze wciąż trwa. Następny mecz 27. kolejki ŁKS Łomża rozegra w niedzielę z Lechią Tomaszów Mazowiecki na wyjeździe.