Krzysztof Stanowski, który w 2025 roku ze swoim Kanałem Zero rozbił bank, notując ponad 40,5 mln zł przychodu i zgarniając koncesję satelitarną, tym razem nie szukał politycznych dram. Pojechał do pobliskich Łysych, by sprawdzić, jak robi się kiełbasę. Od razu trzeba postawić sprawę jasno: to nie była wycieczka krajoznawcza, a materiał oznaczony jako współpraca reklamowa. Mimo to, widok hal JBB Bałdyga wyraźnie go „odkleił” od stereotypowego myślenia o masarniach. „Ja tak sobie wyobrażałem fabrykę Tesli” – rzucił przed kamerą.
Zanim Stanowski w ogóle zobaczył mięso, musiał przejść przez sanitarny czyściec. W ciągu czterech minut mył ręce sześć razy. Pełne czyszczenie i dezynfekcja linii trwają tu od półtorej do dwóch godzin każdego dnia.
- Wszystko sprawdzamy mikrobiologicznie – tłumaczy jeden oprowadzających Stanowskiego pracowników, wskazując na zakładowe laboratorium, które rocznie wykonuje 85 tysięcy analiz. W zeszłym roku nie było ani jednego alarmującego wyniku.
To, co najbardziej uderza w Łysych, to brak wszechobecnych kolejek ludzi z nożami. Zastąpiły ich maszyny.
Liczby, którymi rzucał dyrektor Rynkiewicz, mogą przyprawić o zawrót głowy. JBB Bałdyga to dziś gigant z obrotem rzędu 1,5 miliarda złotych rocznie. Choć kwota imponuje, dyrektor studził emocje: marże w polskiej spożywce są niskie, często spadają poniżej 3%. Przy takiej skali trzeba liczyć każdy grosz, bo koszty stałe są potworne. Sam prąd to 3 miliony złotych miesięcznie, gaz pochłania kolejne 1,5 miliona, a remonty maszyn – 2 miliony złotych co miesiąc. Nawet tak prozaiczna rzecz, jak pranie ubrań roboczych dla 1600 pracowników kosztuje 100 tysięcy złotych miesięcznie.
W 1992 roku zakład zaczynał od 16 osób i produkcji 3 ton dziennie. Dzisiaj z Łysych wyjeżdża 350 ton wyrobów na dobę. Codziennie do zakładu wjeżdża około 180 ton wieprzowiny i 160 ton drobiu.
W rozmowie nie mogło zabraknąć tematu pożaru z 29 czerwca 2009 roku. Wtedy ogień dosłownie zrównał zakład z ziemią – spłonęły hale, magazyny i biura, a straty oszacowano na ponad 1 miliard złotych. Większość firm po takim ciosie nigdy by się nie podniosła. Jednak w JBB Bałdyga podejście było inne. Mariusz Rynkiewicz, ku zdziwieniu Stanowskiego, nazwał to zdarzenie... „niedogodnością”.
- Gdyby to był dramat, to byśmy się nie podnieśli. Staliśmy się jeszcze mocniejsi – stwierdził dyrektor.
Pożar paradoksalnie wymusił postawienie wszystkiego od nowa, w jeszcze nowocześniejszym standardzie, co dziś pozwala im eksportować blisko 30% produkcji. Chociaż, jak przyznaje dyrektor, polską kiełbasę za granicą wciąż kupują głównie nasi rodacy na emigracji, to powoli przekonują się do niej także inni.
Dla Stanowskiego wizyta w Łysych była zderzeniem z rzeczywistością, której nie widać na sklepowych półkach. Za każdą paczką kiełbasy stoi armia robotów, rygorystyczne laboratorium i miliony wydawane na serwisowanie maszyn. To już nie jest „klepanie mięsa w wiaderku”, ale precyzyjny, zautomatyzowany zakład.