ŁKS 1926 Łomża niespodziewanie pokonał w spotkaniu rundy wstępnej Pucharu Polski II-ligowy Raków Częstochowa i awansował do kolejnego etapu rozgrywek. Dzięki temu za tydzień na łomżyńskim stadionie będziemy mogli oglądać w akcji pierwszoligowca - drużynę Chrobrego Głogów.
2:1 i awans do I rundy Pucharu Polski. O takim scenariuszu w niedzielnym meczu można było tylko marzyć. Tymczasem marzenie stało się rzeczywistością, a ŁKS ruszył śladami Błękitnych Stargard Szczeciński. Oczywiście nikt nie zagwarantuje, że koniec tej drogi będzie taki, jak w przypadku Błękitnych, ale pierwszy krok został zrobiony.
Pikarze ŁKS-u wyszli na boisko w koszulkach z napisem "ZAMBER JESTEŚMY Z TOBĄ!". Jak wiadomo wszystkim kibicom, chodzi o wsparcie dla byłego bramkarza ŁKS-u Daniela Iwanowskiego, który zmaga się z ciężką chorobą. Swoje wsparcie Danielowi okazali też kibice, którzy w drugiej połowie skandowali jego imię i nazwisko oraz "Jesteśmy z Tobą, Daniel, jesteśmy z Tobą".
Raków przyjechał do Łomży z zamiarem wygrania tego meczu, ale chyba jego zawodnicy nia zamierzali się przy tym zbyt mocno zmęczyć. Mimo to od pierwszego gwizdka widać było różnicę miedzy obiema jedenastkami. To częstochowianie prowadzili grę, dłużej utrzymywali się przy piłce, która przez większość czasu znajdowała się na połowie ŁKS-u. To jednak gospodarze jako pierwsi zmusili do najwyższego wysiłku bramkarza Rakowa Mateusza Kosa. W 9. minucie ŁKS wykonywał rzut rożny. Do piłki dośrodkowanej z narożnika wyskoczył nowy, brazylijski obrońca Melao. Melao nie dosięgnął jednak futbolówki, która dotarła do zamykającego akcję Marcina Świderskiego. Wychowanek ŁKS-u błyskawicznie uderzył z ostrego kąta tuż przy słupku, ale Kos zdołał sparować piłkę na słupek.
Minęła ledwie minuta i po raz kolejny swoimi umiejętnościami musiał wykazać się golkiper Rakowa. Tym razem po ładnej akcji biało-czerwonych i kilku szybkich podaniach z pierwszej piłki, do wbiegającego w pole karne Jakuba Kamińskiego dokładnie zagrał Michał Sadowski. Kamiński przyjął piłkę i huknął z 15 metra lewą nogą, jednak nieco zbyt blisko środka bramki, dzięki czemu Kos i tym razem odbił piłkę.
W 11. minucie jednak na stadionie w Łomży po raz pierwszy zapachniało sensacją, a bramkarz przyjezdnych zmuszony został do kapitulacji. Długą piłkę ze środka boiska zagrał do wysuniętego Kamińskiego Świderski. Kamiński, który znalazł się sam na sam z bramkarzem z zimną krwią wykorzystał okazję i przelobował wychodzącego Kosa, a trybuny, które już wcześniej rozruszały dwie bramkowe okazje ŁKS-u, tym razem wybuchły radością. Trzeba podkreślić, że choć Raków ładnie rozgrywał piłkę, utrzymywał się przy niej dłużej i szybko odbierał po stracie, to nie stworzył do tego momentu ani jednej sytuacji pod bramką ŁKS-u. ŁKS natomiast stworzył takich okazji trzy i jedną z nich wykorzystał obejmując
prowadzenie.
Niestety, prowadzenie nie trwało zbyt długo. Jeszcze podopieczni trenera Miłoszewskiego nie skończyli się cieszyć, a już było 1:1. W 12. minucie wyrównującego gola strzelił Wojciech Okińczyc wykorzystując dogranie spod linii końcowej Piotra Malinowskiego. Jedynym wytłumaczeniem dla defensywy ŁKS-u może być tylko brak koncentracji po niespodziewanym objęciu prowadzenia zaledwie minutę wcześniej, choć trudno to uznać za usprawiedliwienie.
Na tym fajerwerki w pierwszej połowie się skończyły i choć to Raków był dłużej przy piłce zmuszając naszych piłkarzy do biegania, a gra przez większość czasu toczyła się w środku i na połowie ŁKS-u, to nic konkretnego z tego nie wynikało. Z punktu widzenia szkoleniowca biało-czerwonych musiał to być jednak dobry test dla defensywy jego zespołu, która pokazała dużo lepszą grę niż przez większość poprzedniego sezonu. Warto tu podkreślić, że brazyliski obrońca Melao, który na środku obrony zastąpił swojego rodaka Joao Cardoso, z całą pewnością nie jest gorszym od niego obrońcą. Mimo, że widać było lepszą grę w piłkę zespołu z Częstochowy, to jednak różnica nie była aż tak duża, jak można
byłoby oczekiwać pomiędzy czołowym zespołem II ligi, który niemal awansował na zaplecze ekstraklasy, a trzecioligowym średniakiem, jakim przecież jest, a przynajmniej był w poprzednim sezonie ŁKS.
Na drugą połowę ŁKS wyszedł jakby bardziej zdeterminowany. Najwyraźniej w przerwie piłkarze powiedzieli sobie, że w tym meczu można powalczyć o zwycięstwo, co od razu stało się zauważalne na murawie. Zaczęliśmy częściej widzieć przy piłce zawodników w czerwono-czarnych strojach, którzy stworzyli też sobie kilka dogodnych okazji do zdobycia gola. Jednak to zawodnik Rakowa jako pierwszy doszedł w 57. minucie do pozycji strzeleckiej, ale uderzenie Łukasza Góry tuż przy słupku obronił Piotr Lipka. Również w 63. minucie Lipka obronił strzał Malinowskiego. Natomiast minutę wcześniej przed doskonałą okazją stanął Albert Rydzewski, który przy dość biernej postawie środkowych obrońców Rakowa wbiegł z piłką w pole karne. "Rydzu" mógł zrobić wszystko w tej sytuacji, strzelił jednak niecelnie.
W drugiej połowie na boisku znajdowały się dwie równorzędne drużyny, ale to akcje ŁKS-u były groźniejsze. W 65. minucie świetnym, prostopadłym podaniem popisał się Sadowski, po czym w sytuacji sam na sam z Kosem znalazł się Rafał Maćkowski. Strzał kapitana biało-czerwonych zdołał odbić jednak wychodzący z bramki golkiper przyjezdnych.
Częsta obecność piłkarzy ŁKS-u przed polem karnym Rakowa owocowała też większą niż w pierwszej połowie liczbą stałych fragmentów gry. To jednak nie rzut wolny czy rożny przyniosły naszej drużynie drugiego gola, tylko... rzut z autu. Zanim jednak do tego doszło, po raz kolejny w oko w oko z bramkarzem gości stanął zawodnik ŁKS-u. Tym razem w sytuacji takiej znalazł się, po podaniu wprowadzonego chwilę wcześniej na boisko Tomasza Brzozowskiego strzelec pierwszego gola w meczu Kamiński. Tym razem jednak piłka minęła słupek bramki Kosa.
Nie minęła jednak jeszcze nawet minuta, kiedy wynik na tablicy świetlnej zmienił się na 2:1. Grę rzutem z autu, w połowie boiska, wznowił Maciej Malinowski, a asystę przy przepięknym trafieniu Sadowskiego, który z ostrego kąta uderzył zewnętrznym podbiciem w długi róg zaliczył Maćkowski.
Po ponownym objęciu prowadzenia ŁKS nie popełnił już tego samego błędu, co w pierwszej połowie i nie pozwolił wyrwać sobie z rąk zwycięstwa. Biało-czerwoni bronili się mądrze, jak najdalej od własnego pola karnego i pomimo, ze sędzia przedłużył drugą połowę o ponad pięć minut, Raków nie zdołał doprowadzić do wyrównania i dogrywki.
Po spotkaniu bardzo zadowolony z postawy swoich zawodników był trener Miłoszewski, który podkreślił, że w Łomży jest potencjał na piłkę wyższą niż trzecia liga, zarówno kibicowsko, jak też wkrótce będzie i sportowo. Cała rozmowa z trenerem dostępna jest w naszej retransmisji video, kilka minut po zakończeniu spotkania.
- Wynik poszedł w świat. Nie ma co się oszukiwać, daliśmy się ośmieszyć rywalom - stwierdził natomiast trener Rakowa Radosław Mroczkowski.
ŁKS 1926 - Raków Częstochowa 2:1 (1:1)
Bramki: Kamiński (10.), Sadowski (78.) - Okińczyc (12.)
ŁKS: Lipka - Maćkowski, Kacprzyk, Melao, Przysowa, Malinowski, Rydzewski, Świderski (75. Brzozowski), Kamiński (90. Kamienowski), Sadowski (90. Brutkowski), Olesiński
Raków: Kos - Waszkiewicz (80. Mońka), Radler, Cyfert, Góra, Pawlusiński (80. Piątek), Kmieć, Figiel, Malinowski, Kowal (76. Kamiński), Okińczyc