Reklama

Westerplatczyk Czesław Dzierzgowski - bohater z naszej ziemi [FOTO]

19/10/2016 07:16

21 października obchodzić będziemy setną rocznicę urodzin Westerplatczyka Czesława Dzierzgowskiego (ur. 21 paź­dziernika 1916 r.). Z tej okazji publikujemy materiały opracowane przez Pana Jacka Sokołowskiego w celu przypomnienia sylwetki bohatera z Westerplatte pochodzącego z Ziemi Łomżyńskiej.

Czesław Dzierzgowski (1916-2000) urodził się 21 paź­dziernika 1916 r. w Sulimach, obecnie gmina Nowo­gród, woj. podlaskie. Był najmłod­szym synem Adama i Marianny, z domu Choromań­skiej. Miał ośmioro rodzeń­stwa: Jadwigę 1899 r., Franci­szka 1902 r., Kazimierę 1904 r., Franciszkę 1906 r., Adolfa 1908 r., Antoniego 1910 r., Zofię 1912 r., Genowefę 1914 r.

Kiedy skończył 3 lata, zmarła mu matka /1919 r./, wy­chowywał go ojciec i starsze rodzeństwo.
Ukończył 5 klas Szkoły Podstawowej w Jankowie. Mimo tego, że był zdolny, nie miał możliwości konty­nuowania nauki z powodu sytuacji materialnej ro­dziny. W 1937 r. umarł mu ojciec.

Reklama

7 XI 1938 r. został wcie­lony do 14 Dywi­zjonu Artylerii Kon­nej w Białym­stoku. 21 VII 1939 r. przy­dzie­lony do załogi WE­STER­PLATTE jako amuni­cyjny, gdzie stawił się 30 lipca wraz z działo­nem. Od 1-7 IX 1939 r. brał czynny udział w walce z Niem­cami. Na­leżał do 6-osobowej ob­sługi jedy­nego działa na Wester­platte. Jego do­wódcą był kapral Euge­niusz Gra­bowski. Po rozbi­ciu działa razem z kole­gami zo­stał przydzie­lony na stanowi­sko w rejonie wartowni nr 5, a następ­nie koło daw­nej placówki ""Elek­trownia"". Po rozbi­ciu jed­nostki dostał się do niewoli w okolicach Królewca, gdzie z to­warzyszami broni przeżył ponad 5-letni okres poniżania i ciężkiej fizycznej pracy w majątkach nie­mieckich.

27 III 1945 r. powrócił do domu. Na szczęście jego rodzinny dom oca­lał, jako jeden z 4 w całej wsi. Zajął się prowa­dze­niem części go­spodar­stwa, które pozostało dla niego po ro­dzicach /niecałe 7 ha/.
W 1949 roku w kościele w Miast­kowie, a następnie 28 XI 1950 r. w Urzędzie Stanu Cywilnego w Miast­kowie zawarł związek mał­żeński ze Stanisławą Mieczkow­ską. Wspólnie wychowali 6 dzieci- Bar­barę 1951 r., Halinę 1953 r., Wie­sławę 1955 r., Zofię 1957 r., Jana 1960 r., Ja­dwigę 1963 r. Dochowali się również 17 wnucząt i 15 prawnucząt.

Reklama

Wśród mieszkańców swojej rodzin­nej miejscowości cie­szył się du­żym zaufaniem, czego dowodem jest fakt, że przez ponad 20 lat peł­nił funkcję sołtysa wsi Sulimy.

W 1983 r. ziemię przepisał na syna, otrzymując w za­mian rentę rolni­czą dla sie­bie i żony. Nominację na stopień ppor. w stanie spo­czynku i umundurowanie ofi­cera otrzymał w 1989 r.

Zmarł 21 listopada 2000 r. Został pochowany na cmen­tarzu w Nowogrodzie.

Z rodzinnych wspomnień...
Tata w naszej pamięci

„Dla nas tatuś zawsze był wzorem. Mimo cięż­kiej sytuacji nigdy się nie skarżył, był pracowity, zaradny, zawsze pogodny. Nasze gospodar­stwo nie było zmecha­nizowane, zboże przez wiele lat było koszone kosą. Nie mieli­śmy ciągnika tylko 1 konia, który pracował u nas przez długie lata, aż do swojej starości. Dopiero wtedy, z bólem serca i ze łzami w oczach, tatuś sprzedawał go i kupował innego.
Wieczorami, po całodziennej ciężkiej pracy, tatuś często siadał z nami i czytał nam książki, albo recytował wiersze, które pamiętał ze swoich szkolnych lat. Miał doskonałą pamięć. Często wyja­śniał innym różne koliga­cje rodzinne. Nasz dom był zawsze otwarty dla wszyst­kich. Żartowaliśmy, że pełnił rolę wiejskiej świetlicy. Co wieczór przycho­dziło tu dużo młodzieży, pojawiały się sąsiadki z ro­bótkami ręcznymi, przycho­dzili starsi sąsiedzi, żeby porozmawiać lub po­grać w karty. W zi­mowe wieczory nasza ogromna kuchnia za­mieniała się w warsz­tat pracy. Wnoszono dwa koło­wrotki, na których nasi rodzice przędli wełnę i len. Po­tem wsta­wiano kro­sna, na których mamusia tkała chod­niki, mate­riał na worki, na­krycia na łóżka. Tatuś dosko­nale znał się na ob­słudze sno­walni. Pa­miętamy, jak przycho­dziły do nas panie nie tylko z na­szej, ale i oko­licznych wsi z prośbą, żeby pomógł im przygotować krosna do pracy. Zawsze chętnie im pomagał.

Reklama

Tatuś czasami opowiadał nam o wydarzeniach, jakie miały miejsce na Westerplatte, niechętnie wspominał lata swojej niewoli. Widać było, że mimo upływającego czasu, wspo­mnienia te sprawiały mu ogromny ból. Nigdy nie uważał się za wielkiego bo­hatera.
W miarę moż­liwości, o ile pozwalało mu na to zdrowie i fi­nanse, chęt­nie jeździł na zjazdy Wester­plat­czyków do Gdańska. Były to dla niego bar­dzo ważne spo­tkania. Ostatni raz był tam w 1993 r."

OKRES NIEWOLI JENIECKIEJ...

Czwartek 7 września 1939 roku był najboleśniejszym dniem dla całej załogi. Komendant mjr Henryk Sucharski zorientowany w trudnej sytuacji w kraju i pogarszających się warunkach obrony, po odparciu ostatniego ataku nacierających, podjął decyzję o kapitulacji. Po wkroczeniu Niemców na teren Westerplatte nastąpiło rozdzielenie obrońców.

Reklama

Rannych odwieziono do Akademii Medycznej w Gdańsku-Wrzeszczu, gdzie ulokowano ich w baraku dla więźniów cywilnych, strzeżonych przez esesmanów. Część nie zmobilizowanych, starszych wiekiem pracowników kontrakto­wych ulokowano w obozie jeńców cywilnych w Gdańsku-Nowym Porcie. Pozostałą załogę skierowano do koszar na Biskupiej Górce, a oficerów do Hotelu Centralnego przy Pfefferstadt (ul. Korzennej 79), w pobliżu dworca PKP w Gdańsku. Stamtąd po kilku dniach zostali wszyscy, z wy­jątkiem radiotelegrafisty Kazimierza Rasińskiego, rozesłani do stalagów i oflagów, które z różnych przyczyn nie byty jedynym miejscem niewoli jenieckiej.

Oficerowie nie byli zatrudniani, z wyjątkiem lekarza kpt. Mieczysława Słabego, który okres niewoli przeżył pośród żołnierzy, pracując w szpi­talu obozowym w Stalagu I A w Prusach Wschodnich. Podoficerowie i szeregowcy zmuszani byli do pracy fizycznej, głównie w rolnictwie, w fabrykach amunicji, sztolniach, przy kopaniu rowów strzelniczych.

Reklama

Z miejsc internowania zdarzały się ucieczki bądź legalne zwolnienia z powodu utraty zdrowia. Dzięki temu w ich wojenne życiorysy wpisał się udział w ruchu partyzanckim, działalność bojowa w szeregach Wojska Polskiego, jak również zsyłki na Syberię, pobyty w więzieniach i obo­zach koncentracyjnych. W czasie okupacji zmarło ośmiu obrońców Składnicy.

Po zakończeniu wojny los żołnierzy również nie był jednorodny. Zna­komita większość powróciła do kraju i założyła rodziny. Kilkunastu zde­cydowało pozostać poza granicami Polski. Wybrali Kanadę, Stany Zjed­noczone, Niemcy, Anglię. Kilku powróciło w rodzinne strony na Wileńsz­czyznę. W kraju zamieszkali w przeważającej mierze na Kielecczyźnie, w Trójmieście i na Ziemiach Odzyskanych.

Reklama

Ze wspomnień kaprala Eugeniusza Grabowskiego - dowódcy Czesława Dzierzgowskiego

„21 lipca 1939 r. otrzy­ma­łem od dowódcy 14 Dywi­zjonu Ar­tylerii Kon­nej podpuł­kow­nika Tade­usza Ży­bor­skiego rozkaz wyjazdu do Gdyni. W 2 Batalionie Mor­skim mia­łem się zamel­dować z sze­ścioma żoł­nierzami. Wraz ze mną udali się: bom­bardier Win­centy Kłys (ce­lowniczy) oraz kanonierzy - Włady­sław Jakubiak (zam­kowy), Józef Spi­żarny (ła­downiczy), Franci­szek Żołnik (kierowniczy), Czesław Filipkowski (wręczyciel) i Cze­sław Dzierzgowski (amuni­cyjny). [...] Bez skromności dodam że na We­sterplatte kierowano głów­nie znakomi­cie wy­szkolo­nych żołnie­rzy stanu wolnego. [...] Rano 23 lipca fur­manka z ta­boru odwiozła nas ze skromnym wyposa­żeniem na dworzec kolejowy. Dzień był mglisty i desz­czowy. Trapiła nas myśl, czy kie­dyś jeszcze tu wró­cimy..."

Reklama

Ze wspomnień Czesława Dzierzgowskiego

„Przywieziono nas najpierw do Gdyni i zakwaterowano w 2 Batalionie Strzelców Morskich. Wraz z innymi żołnierzami właśnie stamtąd mieliśmy być wkrótce przerzuceni na Wester­platte. Tak też się stało. Przewożono nas potajemnie małymi grupkami tylko w niedziele. Odbywało się to w ten sposób, że od żołnierzy udających się z Westerplatte do Gdyni na wy­cieczki otrzymywaliśmy ich umundurowania. Dostawali­śmy się na Westerplatte holownikami niby jako tamci. Oni zaś w cywil­nych ubraniach, które zabierali ze sobą w waliz­kach udając się na wycieczkę, wracali na placówkę drogą lą­dową. Wartowni­kowi niemieckiemu, stojącemu blisko miejsca do którego dobijał holownik, stan liczebny żołnierzy opuszczają­cych We­sterplatte i wracających tu, zawsze się zgadzał. Nas zaś na placówce przy­bywało. Nasza obsługa działa znalazła się na Westerplatte 30 lipca. W pierwszym okresie służby na Wester­platte przygoto­wywaliśmy stanowisko ogniowe dla działa oraz wytyczaliśmy cele. Później pełniliśmy służbę przy koszarach. Jeszcze niczego złego nie podejrzewaliśmy. Ale gdy niemiecki pancernik „Schle­swig-Holstein", który przybył tu z wizytą nie odpłynął w plano­wanym terminie spod Wester­platte, zaczął nas ogar­niać niepo­kój. Wia­domo bowiem, jakie były wtedy nastroje wśród Niem­ców. W noc z 31 sierpnia na 1 września udałem się wraz z kolegą na obchód posterunków. Było cicho jak ma­kiem zasiał. Z obchodu wrócili­śmy do koszar około godziny 4.30 rano.

Reklama

Led­wie zdąży­liśmy się roze­brać, by trochę odpo­cząć, gdy nocną ciszę przerwał wystrzał z pi­stoletu, a potem salwa z dział i broni ma­szynowej. Posy­pał się na nas grad poci­sków. Nikt nie miał już wtedy wąt­pliwo­ści, że to po­czątek wojny. Nasze działo zaw­sze przedtem wyta­czali­śmy na noc na sta­nowisko ogniowe, ale tej pamiętnej nocy pozo­stało ono w działowni, bo innego roz­kazu nie było. Teraz jednak nad­szedł rozkaz, aby siedem­dzie­siątkę piątkę tam przetoczyć. Ze względu na silny ostrzał mu­sieliśmy ją pchać przez lasek. Drogę torowali nam koledzy wycinając niektóre drzewa. Z tru­dem, ale dotarliśmy na stano­wisko do którego było około 200 metrów. Zaraz otworzyli­śmy ogień, kierując go na budynki po drugiej stronie kanału, z któ­rego Niemcy ostrze­liwali nas z broni ma­szynowej. Po na­szych cel­nych pociskach uciekli. Ale oto nastą­piła dla nas straszna chwila. Właśnie wtedy odłamek poci­sku pancernika uszkodził nasze działo. Nikt z obsługi nie zginął, ale nasza sie­demdzie­siątka piątka nie nada­wała się już do prowa­dzenia ognia. Serce się krajało, że tak szybko została ona wy­elimino­wana z walki. Los obszedł się z nami okrutnie. A wszyscy aż rwaliśmy się do strzelania... Wal­czyliśmy jednak dalej. Ja dono­siłem przeważnie amunicję na stanowiska ogniowe kole­gów. Tak więc dla naszej obsługi działa od razu wszystko za­częło się źle, ale to najgorsze miało dopiero nastą­pić – kapitula­cja, oku­pacja..."

ZOSTAŁ ODZNACZONY:

Reklama
SREBRNYM MEDALEM ZASŁUŻONYM NA POLU CHWAŁY – w 1960r. KRZYŻEM KAWALERSKIM ORDERU OD­RODZE­NIA POLSKI – w 1974r. ODZNAKĄ ZA ZASŁUGI DLA WOJE­WÓDZ­TWA ŁOM­ŻYŃSKIEGO –1980r. MEDALEM ZA UDZIAŁ W WOJNIE OBRON­NEJ 1939r. – w 1982r. ODZNAKĄ HONOROWĄ „ZA ZASŁUGI DLA GDAŃ­SKA" – w 1984r. KRZYŻEM SREBRNYM ORDERU VIR­TUTI MILI­TARI – w 1989r.

Z inicjatywy Szkoły Podstawowej im. OBROŃCÓW WESTERPLATTE w Rutkach, należącej do Klubu Szkół Westerplatte, 4 września 2011 odbyła się patriotyczna uroczystość poświęcona WESTERPLATCZYKOWI Czesławowi Dzierzgowskiemu, a na jego grobie został umieszczony ZNAK PAMIĘCI. Jest on mi­nia­turowym odlewem krzyży znaj­dujących się na pomni­kach żołnie­rzy poległych na Wester­platte.

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo myLomza.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości