To była koronkowa robota, wymagająca miesięcy analiz i dyskrecji. Funkcjonariusze podlaskiej KAS, wspólnie z kolegami ze Szczecina, Olsztyna i „cebesiami”, weszli jednocześnie do kilkudziesięciu lokali. Efekt? Dwudziestu zatrzymanych, góry gotówki i luksusowe auta na lawetach. Śledczy mówią wprost: to była fabryka kosztów działająca na międzynarodową skalę.
Choć sprawę nadzoruje szczecińska prokuratura, kluczową rolę w rozpracowaniu grupy odegrali funkcjonariusze Urzędu Celno-Skarbowego z Białegostoku. To oni, ramię w ramię z agentami CBŚP, ruszyli w Polskę, by zamknąć proceder, który budżet państwa mógł kosztować krocie.
Słup z Wietnamu i setki pieczątek Schemat działania grupy przypominał klasyczną piramidę finansową, tyle że zbudowaną z faktur. Przestępcy stworzyli sieć kilkuset spółek – wydmuszek. Firmy te istniały tylko na papierze, zarejestrowane zarówno w Polsce, jak i w Czechach. Ich jedynym celem było „mielenie” fakturami, by generować sztuczne koszty i wyłudzać VAT.
Ciekawy jest wątek kadrowy tej operacji. Organizatorzy nie brudzili sobie rąk. Prezesami firm robiono tzw. słupy. Werbowano ich wśród obywateli Polski, ale też Wietnamu. Za użyczenie nazwiska i podpis u notariusza dostawali grosze, podczas gdy przez konta firmowe przepływały miliony. Trop prowadzi m.in. do Wólki Kosowskiej – handlowego zagłębia pod Warszawą, które od lat pojawia się w kontekście wielkich afer skarbowych.
Kantor jako pralnia
Pieniądze z fikcyjnego obrotu trzeba było jakoś wyciągnąć. Śledczy ustalili, że grupa korzystała z usług jednego z kantorów w północno-zachodniej Polsce. To tam legalizowano brudne pieniądze, zamieniając wirtualne przelewy na żywą gotówkę, która potem wracała do organizatorów procederu.
Wjazd o szóstej rano
Kiedy zapadła decyzja o realizacji, służby uderzyły jednocześnie w woj. zachodniopomorskim i na Mazowszu. Przeszukano nie tylko biura, gdzie produkowano „makulaturę” (dokumentację księgową), ale i prywatne domy podejrzanych. Zabezpieczono telefony, komputery i to, co dla przestępców najcenniejsze – kwalifikowane podpisy elektroniczne, którymi autoryzowano przelewy.
Ale największe wrażenie robi majątek, na którym rękę położyli śledczy. To nie są drobne kwoty. Zabezpieczono nieruchomości warte blisko 37 milionów złotych. Do tego luksusowe samochody o wartości 1,5 mln zł i udziały w spółkach wyceniane na 5 mln zł.
W samych skrytkach i sejfach znaleziono prawie 1,3 mln złotych w gotówce. Do tego waluta: funty, dolary i ponad 70 tysięcy euro. To środki, które teraz posłużą na poczet przyszłych kar.
Zbrodnia fakturowa i milionowe kaucje
Zatrzymani – łącznie 20 osób – trafili na przesłuchania do Szczecina. Zarzuty są poważne: od udziału w zorganizowanej grupie przestępczej, przez pranie pieniędzy, aż po tzw. zbrodnię fakturową, za którą kodeks przewiduje drakońskie kary.
Sąd nie miał wątpliwości – pięciu głównych podejrzanych najbliższe trzy miesiące spędzi w areszcie śledczym. Pozostali wyszli na wolność, ale musieli słono zapłacić. Poręczenia majątkowe sięgały od 20 tysięcy do nawet miliona złotych od osoby. Łącznie wpłacili 2,7 mln zł, by uniknąć krat. Mają też zakaz opuszczania kraju i dozór policyjny.
Funkcjonariusze z Białegostoku i prokuratorzy nie zamykają jeszcze akt. Sprawa jest rozwojowa. Trwa namierzanie kolejnych firm i osób, które mogły brać udział w tym łańcuszku. Niewykluczone, że wkrótce usłyszymy o kolejnych zatrzymaniach.