Duszna atmosfera, potężne siły policji i ulewny deszcz, który na szczęście ostudził najgorętsze emocje. Tak w skrócie wyglądał piątek, 10 lipca, w Jedwabnem. Od tragicznych wydarzeń z 1941 roku mija dokładnie 85 lat. Ludzi na oficjalnych obchodach pojawiło się wyjątkowo dużo. Miejscowi i przyjezdni komentowali, że to prawdopodobnie największa frekwencja od pamiętnych uroczystości w 2001 roku. W tłumie łatwo było wyłowić twarze z warszawskiej polityki: przyjechali marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, marszałek Senatu Małgorzata Kidawa-Błońska, prezydencki minister Wojciech Kolarski oraz zastępca szefa IPN Mateusz Szpytma.
Nad monumentem wyrósł potężny namiot rozstawiony przez zarząd Gminy Wyznaniowej Żydowskiej w Warszawie. Spełnił podwójną rolę – nie tylko osłonił zgromadzonych przed ścianą deszczu, ale zadziałał jak gruby izolator. Odciął uczestników od kontrmanifestacji, którą kawałek dalej zorganizowali Wojciech Sumliński i Grzegorz Braun.
- Jesteśmy tutaj, by modlić się, jesteśmy tutaj, by żałować. Najważniejsze jest to, że robimy to razem - mówił pod pomnikiem zamordowanych żydowskich mieszkańców Jedwabnego naczelny rabin Polski Michael Schudrich.
Reklama
Policja wyraźnie odrobiła lekcję z zeszłego roku, kiedy narodowcy zablokowali limuzynę odjeżdżającego rabina. Tym razem mundurowych ściągnięto tylu, że miasteczko wyglądało jak pod oblężeniem. Chwilami funkcjonariusze reagowali wręcz zbyt nerwowo, strofując zwykłych przechodniów, ale ostatecznie ulewa zrobiła swoje i obyło się bez poważniejszych starć.
Wśród obecnych na oficjalnych uroczystościach był Paweł Kornacki z białostockiego oddziału IPN, który na co dzień specjalizuje się w badaniach dotyczących Holocaustu i trudnych relacji polsko-żydowskich na Podlasiu. W rozmowach przypominał o brutalnej rzeczywistości tamtych dni. Wszystko ruszyło pod koniec czerwca 1941 roku, gdy Niemcy uderzyli na Związek Sowiecki. Na zajmowanych terenach nowi okupanci od razu wdrożyli bezwzględną politykę eksterminacji, wciągając w swoje działania lokalną ludność. 10 lipca 1941 roku na tutejszy rynek spędzono kilkuset Żydów, by po kilku godzinach poprowadzić ich na miejsce kaźni – do stodoły, w której zostali spaleni żywcem.
Kornacki zwraca jednak uwagę na znaki zapytania, z którymi badacze mierzą się do dziś. Chodzi choćby o samą liczbę ofiar. Rozbieżności w dokumentach i relacjach są potężne – od 140 do nawet 500 osób. Głośna ekshumacja z 2001 roku została przerwana z powodów religijnych; odsłonięto wtedy i zbadano jedynie wierzchnią warstwę zwłok, szacując liczbę ofiar na około 300. Czy badania zostaną kiedyś wznowione? Historyk przyznaje wprost: w przestrzeni publicznej ten temat wraca, ale jako naukowiec nie podejmuje się prognozować, czy do pełnej ekshumacji kiedykolwiek dojdzie.
Oficjalna wersja ustalona w śledztwie IPN pozostaje jasna: to była zbrodnia zorganizowana przez Niemców, w której wzięli udział miejscowi Polacy. Białostocki badacz mocno akcentuje jednak odpowiednie proporcje – gdyby nie było tu niemieckiej okupacji, do tego mordu w ogóle by nie doszło. Wydarzenia w Jedwabnem wpisywały się w masowe akcje niemieckiego aparatu terroru, który w tamtym okresie zamordował w regionie od 800 do 900 tysięcy Żydów. Udział Polaków w tych zbrodniach był – jak podkreśla Kornacki – dramatycznym wyjątkiem, a nie regułą.
W tle tegorocznych uroczystości wisiała jeszcze jedna rocznica – ćwierćwiecze wydarzeń z 2001 roku. To wtedy, podczas 60. rocznicy, prezydent Aleksander Kwaśniewski wypowiedział słynne słowa przeprosin, które wywołały w kraju burzę. W dzisiejszej „Rzeczpospolitej” ukazał się świeży wywiad z byłym prezydentem. Kwaśniewski po 25 latach nie zamierza wycofywać się tamtego przemówienia: „Ponownie przeprosiłbym za Jedwabne. Te słowa były potrzebne” – deklaruje na łamach gazety.
Patrząc jednak na dzisiejsze obrazki z miasteczka – na ten szczelny namiot-barierę i ludzi stojących po dwóch stronach policyjnego kordonu – trudno nie odnieść wrażenia, że rana w Jedwabnem wciąż mocno krwawi, a historia zamiast uczyć, nadal potwornie dzieli.