W Drozdowie trwa właśnie remont elewacji niższej, dworkowej części zabytkowej siedziby Muzeum Przyrody. Przy okazji tych prac budowlanych dyrekcja zdecydowała się na krok, na który wielu stałych bywalców tamtejszych uroczystości czekało od lat. Pamiątkowa tablica, przypominająca o ostatnich miesiącach życia i śmierci Romana Dmowskiego w dworze Lutosławskich, zmieniła swoje miejsce. Zdjęto ją z dotychczasowej ściany i przeniesiono na ścianę zachodnią, tuż przy wejściu głównym.
Dla turystów to spora wygoda – teraz każdy, kto przekracza próg muzeum, od razu dowie się o historycznych związkach Drozdowa z jednym z ojców polskiej niepodległości. Jak tłumaczą władze placówki, przeprowadzka tablicy to jednak przede wszystkim ukłon w stronę uczestników corocznych obchodów rocznicy śmierci Dmowskiego (2 stycznia) oraz Święta Niepodległości.
Dotychczas delegacje i poczty sztandarowe musiały gnieść się w dość niefortunnym, ciasnym punkcie. Teraz uroczystości przeniosą się na szeroki, wygodny plac przed budynkiem, który zresztą rok temu został wyłożony estetyczną kostką.
Trudno z decyzją dyrekcji polemizować. Kto choć raz był w Drozdowie na oficjalnych uroczystościach, ten wie, że stara lokalizacja – choć pewnie miała swój historyczny klimat – z praktycznego punktu widzenia była kompletnym niewypałem.
Tablica wisiała bezpośrednio nad głębokim zejściem do muzealnych piwnic. Przez to składanie kwiatów i wieńców prosto pod nią było technicznie niemożliwe. Żeby jakoś wybrnąć z tej sytuacji, wiązanki składano na metalowej platformie dobrych kilka metrów od tablicy.
Był jednak jeszcze jeden, znacznie ważniejszy powód, dla którego tablicę należało jak najszybciej przenieść: zwykłe, ludzkie bezpieczeństwo. Jako redakcja pamiętamy sytuację sprzed kilku lat i trzeba przyznać, że na samo wspomnienie tamtego wieczoru do dziś skóra cierpnie.
Była zima, uroczystości odbywały się już po zmroku, w dość trudnych warunkach. Oficjalne delegacje po kolei podchodziły z kwiatami. Jeden z uczestników – ówczesny, dobrze znany łomżyński radny – bardzo chciał zrobić jak najlepsze zdjęcie składającym wieńce kolegom. Z aparatem w ręku zaczął cofać się na oślep, szukając dobrego kadru. Stracił orientację, potknął się i z impetem runął w dół wspomnianych, głębokich schodów prowadzących do piwnicy.
Huk był niesamowity, a sam radny potłukł się niemiłosiernie. O wielkim szczęściu można mówić tylko dlatego, że ten dramatycznie wyglądający upadek nie skończył się jakąś tragedią lub trwałym kalectwem.
Nowa lokalizacja tablicy na zachodniej ścianie ostatecznie likwiduje to zagrożenie. Plac jest równy, szeroki i bezpieczny dla każdego. Czasem drobna korekta przy okazji remontu potrafi rozwiązać problem, z którym borykano się latami – i to jest właśnie ten przypadek.
Wszystko pięknie, tylko gdzie teraz – po stracie tamtych szerokich schodów i tarasu - dygnitarze będą prężyć piersi do mikrofonu i kto im na tym nowym, płaskim placu zafunduje scenę, żeby zmarznięty lud w ogóle ich widział i słyszał?