Scenariusz jak z koszmaru każdego rodzica, ale życie napisało go samo w jednej z miejscowości powiatu wysokomazowieckiego. Policjant z drogówki, patrolując okolicę, spodziewał się pewnie rutynowych kontroli czy piratów drogowych. Zamiast tego na środku asfaltu zastał... bosego, niespełna dwuletniego chłopczyka w samej pielusze.
Na szczęście mundurowy zareagował błyskawicznie. To dzięki niemu maluchowi nic się nie stało.
Widok musiał mocno zaskoczyć funkcjonariusza. Dziecko wędrowało samotnie, wystawione na potrącenie przez jakikolwiek nadjeżdżający samochód. Policjant natychmiast zatrzymał radiowóz i zaopiekował się chłopcem.
Problem pojawił się przy próbie ustalenia, skąd uciekinier się wziął. Z dwulatkiem trudno o rzetelny wywiad – maluch nie potrafił powiedzieć, jak ma na imię, ani wskazać swojego domu. Policjanci nie zamierzali jednak czekać na oficjalne zgłoszenie o zaginięciu.
Co zrobili mundurowi? Przemierzając okolicę z dzieckiem na rękach, zaczęli sprawdzać pobliskie posesje i pytać mieszkańców o tożsamość malucha. Strategia zadziałała. Po krótkiej chwili z jednego z domów wyszła kobieta, w której policjanci rozpoznali zaniepokojoną matkę.
Tłumaczenie kobiety brzmi bardzo znajomo dla każdego, kto musiał kiedykolwiek ogarnąć więcej niż jednego malucha na raz. Matka chłopca wyjaśniła, że zajmowała się akurat karmieniem młodszego niemowlaka.
Starszy syn wykorzystał ten moment idealnie. Wymknął się i ruszył przed siebie na zwiedzanie okolicy. Kobieta nawet nie zdążyła się zorientować, że “starszaka” nie ma w domu.
Policjanci na miejscu rutynowo sprawdzili stan trzeźwości matki. Badanie alkomatem pokazało jasny wynik: kobieta była całkowicie trzeźwa.