Finałowa gala w parku Muzeum Przyrody – Dworze Lutosławskich w Drozdowie oficjalnie zamknęła tegoroczne Muzyczne Dni Drozdowo – Łomża. Jednak ledwo wybrzmiały ostatnie oklaski dla artystów, za kulisami natychmiast uderzono w znacznie mniej efektowną nutę: brak pieniędzy. Od strony artystycznej było światowo, ale finansowo organizatorzy zostali zepchnięci przez decydentów na absolutny margines.
Dyrektor artystyczny festiwalu, Jacek Szymański, nie zamierzał gryźć się w język i wprost wylał przed naszą kamerą całe swoje rozgoryczenie. Powód? Rządowe Ministerstwo Kultury w tym roku całkowicie odcięło imprezę od funduszy, nie przyznając na jej organizację ani jednego grosza, w ubiegłym roku festiwal dostał 100 tys. złotych. Z kolei dotacja od marszałka województwa podlaskiego wyniosła zaledwie 60 tysięcy złotych. Dla wydarzenia o takim rozmachu to kwota rażąco niewystarczająca.
- Jeżeli Zenek dostaje 70 tys. honorarium od marszałka, a marszałek na cały festiwal nam daje 60 tys to jak to porównywać? - mówi nam Jacek Szymański.
Reklama
Szymański dodał bez owijania w bawełnę, że dopinanie budżetu 16 koncertów przypomina dziś zwykłą „żebraninę” i desperackie liczenie na dobrą wolę prywatnych oraz instytucjonalnych sponsorów. Przypomniał również, że o normalne traktowanie organizatorzy walczyli już wcześniej, pisząc listy otwarte do poprzedniego ministra kultury, profesora Glińskiego, pytając go wprost, dlaczego festiwal jest tak spychany na margines. Dziś dyrektor festiwalu otwarcie apeluje do władz województwa o co najmniej czterokrotne zwiększenie dotacji na kolejny rok.
Choć organizatorzy zostali zmuszeni do finansowej partyzantki, nie ucierpiała na tym jakość festiwalu. W ramach tegorocznej edycji zorganizowano 16 koncertów, w których wystąpiło około czterdziestu wykonawców. Trasa objęła Łomżę, Jedwabne, Szczepankowo, Stawiski oraz Nowogród, gdzie festiwal po trzech latach przerwy zameldował się ponownie w Skansenie Kurpiowskim.
Dyrektor Regionalnego Ośrodka Kultury w Łomży, Jarosław Cholewicki dziękował pracownikom ROK-u za zaangażowanie. Dzięki ich twardej harówce wszystko było dopięte na ostatni guzik.
Szymański od lat konsekwentnie broni festiwalu przed tanią komercją.
- Moim zamierzeniem było, żeby ta edukacja muzyczna ciągle trwała. Żeby podnosić poprzeczkę mentalną i intelektualną – tłumaczy. W programie nie ma miejsca na pop czy disco polo – zamiast tego organizatorzy serwują publiczności operetkę, musical i piosenkę filmową w najlepszym wydaniu. I to działa, bo lokalna publiczność to według dyrektora wspaniali znawcy, którzy doskonale odnajdują się w trudniejszym repertuarze.
Reklama
Na scenie uznani artyści z Warszawy, Wrocławia czy nawet z Chin i Korei występowali ramię w ramię z młodymi talentami z regionu.
Finałowa gala tradycyjnie ściągnęła rzeszę oficjeli. Obecny w Drozdowie minister rolnictwa Stefan Krajewski zachwycał się, że wielka sztuka wychodzi z salonów dużych miast na obszary wiejskie Ziemi Łomżyńskiej. Wojewoda podlaski Jacek Brzozowski podkreślił popularnym hasłem, że „kultura łagodzi obyczaje”, co przydaje się również w życiu publicznym. Z kolei Jacek Piorunek z zarządu województwa mówił o ogromnej wartości promocyjnej i turystycznej imprezy, która ściąga do regionu melomanów z całego kraju.
Wszyscy gratulowali sukcesu i dziękowali Jackowi Szymańskiemu za trzydzieści trzy lata budowania festiwalowej tradycji.
I tu kryje się największy paradoks drozdowskiego finału. Politycy chętnie ogrzewają się w blasku prestiżowego wydarzenia, chwalą podnoszenie poprzeczki intelektualnej słuchaczom i chętnie pozują do wspólnych zdjęć. Jednak gdy przychodzi do płacenia rachunków za ten rozwój, portfele decydentów nagle się zatrzaskują, a Ministerstwo Kultury nie przyznaje ani grosza. Trudno o bardziej jaskrawy dowód na zachwianą równowagę – władze wojewódzkie wolą lekką ręką przepłacać za masową rozrywkę Zenka Martyniuka, podczas gdy ponad trzydziestoletnia tradycja regionu musi dosłownie żebrać o przetrwanie u sponsorów. Organizatorzy już zapowiedzieli, że niedługo rozpoczną prace nad programem kolejnej edycji. Pytanie tylko, jak długo można budować renomę festiwalu wyłącznie na ludzkim uporze i żebraninie o finansowe wsparcie, bez którego jego organizacja jest po prostu niemożliwa.