Dziesięć lawet pomocy drogowej, błysk żółtych kogutów i policyjna eskorta. Jerzy Chojnowski po raz ostatni zebrał swoją flotę, ale tym razem to nie był wyjazd do wypadku. To wyglądało trochę tak, jakby śp. Jurek – swoim zwyczajem, bez pytań i bez szukania wymówek – sam sobie wystawił to ostatnie, najważniejsze zlecenie. Zepiął pasami wszystkie lata ciężkiej roboty, odpalił silnik i ruszył w drogę, z której się już nie wraca. W sobotę pożegnały go setki ludzi. Koledzy z branży, sąsiedzi, rodzina i ci, którym kiedyś wyciągał auto z opresji w środku nocy.
Żeby pożegnać śp. Jerzego, w kaplicy św. Józefa trzeba było stać w ciasnocie, a spore grono żałobników zostało na zewnątrz. przyszedł każdy, kto go znał, a w Łomży i okolicach znał go przecież niemal każdy. Mszę odprawił ks. dr Tomasz Grala. W homilii nie było sztywnej teologii – duszpasterz mówił wprost o tym, jakim człowiekiem był Chojnowski i co po sobie zostawił.
– Ta bezinteresowna pomoc nie bierze się znikąd, ale z miłości i wartości, które nosił świętej pamięci Jerzy – mówił ksiądz Grala. – Pokaźna obecność nas wszystkich mówi bardzo wiele o mężu, tacie, dziadku. Ta obecność jest w pewnym sensie kontynuacją jego marzeń, które my teraz musimy nieść dalej.
Reklama
Ksiądz wspomniał też sytuację z własnego życia – pogrzeb sprzed lat, na którym z powodu dawnych waśni rodzinnych pojawiło się ledwie sześć osób. Zderzył to z tym, co działo się w dziś na Przykoszarowej: tłumem ludzi połączonych wspólną pamięcią o człowieku, który nie potrafił przejść obok nikogo obojętnie.
Po nabożeństwie ruszył orszak. Ulice Przykoszarowa i Aleja Legionów na chwilę zmieniły się w wielki, ruchomy hołd. Za karawanem jechało 10 dużych lawet pomocy drogowej. Część z nich to był sprzęt, na którym Jurek spędził pół życia, ale w kolumnie ustawili się też koledzy z innych, często konkurencyjnych firm. Na drodze barier nie było. Całość w eskorcie poprowadziła policja.
Na cmentarzu parafialnym przy ul. Kopernika Jerzy spoczął w rodzinnym grobie. Mogiłę przykryła ściana kwiatów – setki czerwonych róż ułożonych w pięciu potężnych, identycznych wiązankach.
Podczas uroczystości padły też poruszające słowa od samej rodziny. Proste, bez zbędnego zadęcia, dokładnie takie, jakimi żył Jurek:
„Z głębokim smutkiem żegnamy dziś naszego Tatę, męża, syna, brata i dziadka. Jurek był człowiekiem, na którego zawsze można było liczyć, był osobą bardzo pracowitą. Jego największą pasją była praca w pomocy drogowej, którą wykonywał z oddaniem i sercem. Był jedyny w swoim rodzaju – głośny, charakterny, pełen energii i humoru. Odszedł zdecydowanie za wcześnie. Miał jeszcze tyle planów i marzeń, których nie zdążył zrealizować. Mimo ciężkiej choroby do końca pozostał silny. Nie poddawał się i nie tracił nadziei.”
Reklama
W imieniu Zmarłego padła też tradycyjna prośba o wybaczenie, jeśli kiedykolwiek słowem lub czynem kogoś uraził.
W ostatnią drogę odprowadziła go najbliższa rodzina: żona Danuta, córka Paulina z rodziną, córka Justyna z mężem, synowie Paweł i Daniel, wnuki Adaś i Jaś, mama Apolonia, siostra Małgorzata z rodziną, brat Krzysztof z rodziną
Jerzy Chojnowski zmarł 21 lipca po ciężkiej walce z chorobą. Przez ponad 25 lat był symbolem łomżyńskiej pomocy drogowej – facetem, który meldował się na miejscu wypadku w trybie 24/7, często zanim na dobre rozłożyły się inne służby. Gospodarz, miłośnik koni, lokalny społecznik i człowiek, do którego nikt nie mówił inaczej niż po prostu „Jurek”.
Walkę z chorobą przegrał, ale stoczył ją na własnych warunkach – do końca z podniesioną głową, bez narzekania i bez oddawania pola. Jurek po prostu zjechał na swój ostateczny postój, a konie na Stacha Konwy stoją spokojnie, jakby wiedziały, że gospodarz już nie przyjedzie.