Profesor Kozicki- nauczyciel skazańca z lasu Jeziorkowskiego, Jerzego Smurzyńskiego; prof. Celestyna Orlikowska- dyrektor gimnazjum żeńskiego w Łomży- dawniej nie brakowało świetnych, zapadających w pamięć nauczycieli. Czy dziś wykładowca może jeszcze stać się autorytetem dla swoich uczniów? W tekście przesłanym do naszej redakcji pisze o tym Beata Sejnowska- Runo, nauczycielka pracująca w szkole w Jeziorku. Przeczytaj!
Porozmawiajmy o autorytecie nauczyciela...
W kontekście zbliżającego się Dnia Edukacji Narodowej postanowiłam odważyć się na kilka refleksji o autorytecie, a przede wszystkim autorytecie nauczyciela. Rzecz to bardzo ryzykowna w dzisiejszych czasach, bo powszechnie wiadomo, że żyjemy w dobie kryzysu autorytetów, jako że z jednej strony autorytet może się niektórym kojarzyć z mentorstwem, a nikt dziś nie lubi być pouczany, a z drugiej strony - być może nie ma zapotrzebowania na autorytet, bo w moim przekonaniu - ukryty przekaz współczesnej edukacji brzmi dla każdego ucznia tak samo: „Jesteś genialny i wszystko zawdzięczasz sobie.” Zadajmy więc w duchu kilka zasadniczych pytań: Czy aby na pewno nasi uczniowie (nasze dzieci i młodzież) nie potrzebują autorytetów?, Czy takim autorytetem obecnie może być nauczyciel?, Jakie cechy konstytuują bycie autorytetem dla uczniów?
Nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że każdy normalny człowiek potrzebuje „oprzeć się” na kimś, kto jest dla niego ważny w życiu, kto wskazuje jak żyć z sensem i wartościowo, dzięki czemu zyskuje on poczucie bezpieczeństwa i stabilizacji, swoistego „zakotwiczenia” w życiu.
Jestem też święcie przekonana o tym, że nasze dzieci i młodzież w sposób szczególny potrzebują w swoim życiu autorytetów. Są przecież na początku drogi... Przed nimi odpowiedzialne życiowe wybory. Oby były mądre, służyły dobru i prawdzie oraz pomnażaniu piękna w świecie. Tylko od kogo mają się tego nauczyć? Współczesny model rodziny, to nierzadko niestety rodzina rozbita. To w najlepszym razie rodzina, w której zatroskanie o byt codzienny sprawia, że dla dzieci pozostaje niewiele czasu (albo wcale), bo oboje rodzice pracują, nieustannie są zmęczeni, zestresowani. To wreszcie rodzina, w której jedno lub oboje rodzice wyjeżdżają za granicę „za chlebem” często pozostawiając dzieci samym sobie. Kto zatem spełnia rolę autorytetu w tych rodzinach? Niestety z przykrością stwierdzam, że telewizor i komputer. Te bezduszne sprzęty zastępują rodzinne rozmowy z mamą i tatą oraz czytanie przez rodziców mądrych i pouczających bajek odpowiednich do wieku dzieci.... W takiej sytuacji idolami dzieci i młodzieży często są fikcyjni bohaterowie seriali telewizyjnych, jeszcze częściej wątpliwej jakości programów rozrywkowych. Bolka i Lolka, czy Misia Uszatka zastąpiły obecnie makabryczne stwory (kosmici?) mordujące ludzi, strzelające bronią laserową, epatujące agresją i przemocą. Już od małego nasze dzieci uczą się od współczesnych bohaterów bajek, że zamiast okazywać dobroć i współczucie innym – należy dążyć do zabicia przeciwnika. Zamiast niesienia pomocy potrzebującym - szczytem marzeń wydaje się być osiągnięcie dóbr materialnych. Współcześni uczniowie klas I-III wcale nie chcą być strażakami, policjantami, lekarzami, nauczycielami, ale marzą o karierze tancerki, modelki, piosenkarki, piłkarza... Wiem to, bo uczę dzieci w wieku 5-9 lat i uważnie wsłuchuję się w to, o czym mówią.
Jako ostatnia deska ratunku, (a może w niektórych uzasadnionych przypadkach pierwsza?) pozostaje nauczyciel. Jaki nauczyciel mógłby być dla ucznia autorytetem? Oczywiście przychodzą mi na myśl pewne cechy charakteru nauczyciela predestynujące go do bycia autorytetem, ale postanowiłam zapytać o to swoje własne dzieci (oboje w wieku gimnazjalnym). To jest dla mnie bardziej miarodajne, bo wypływa z ich własnych doświadczeń. Zgodnie twierdzą, że taki nauczyciel to człowiek posiadający dużą wiedzę, zawsze sprawiedliwy, stawiający jasne wymagania (!), umiejący nawiązać więź z uczniami, przekonać ich, że są dla niego ważni i ma dla nich czas. Dobrze, gdy potrafi obudzić ich pasje i pomóc je rozwinąć. Obowiązkowo powinien szanować godność każdego ucznia i... mieć odrobinę dystansu do samego siebie.
Pan Jerzy Smurzyński, ostatni żyjący skazaniec z lasu Jeziorkowskiego, emerytowany nauczyciel i dziennikarz, który jest jednym z moich autorytetów, tak wspomina swoich nauczycieli: „Kiedy, w latach pięćdziesiątych, do klasy jednej z warszawskich szkół męskich wchodził matematyk - profesor Kozicki, absolwent Sorbony, którego trójka na maturze „otwierała drzwi na Politechnikę”, uczniowie nie śmieli się nawet powiercić w ławkach. Ale profesor nigdy nie wyśmiał nawet najgłupszej odpowiedzi, a zawsze cierpliwie tłumaczył i wytłumaczył trudny problem nawet największym „matematycznym tumanom”. Jeśli było trzeba pozostawiał ucznia po lekcjach i robił mu dodatkowy wykład. Zdarzało się, że „doskonali matematycy” próbowali zaskoczyć jakimś bardzo trudnym zadaniem swego profesora – nigdy im się to nie udało – profesor rozwiązał każdy „matematyczny problem”. Ale nigdy nie zdarzyło się, aby podniósł głos w klasie. Wystarczyło jego spojrzenie. Jego głęboka wiedza, była podstawą jego autorytetu wśród uczniów. „Kozik” (bo każdy nawet najbardziej lubiany i najbardziej podziwiany za swoją głęboką wiedzę profesor miał wśród uczniów swój przydomek) zawsze budził w nich podziw i szacunek swoją wiedzą i poważnym ojcowskim stosunkiem do uczniów.”
Osobiście uważam, że poczucie humoru u nauczyciela może niejednokrotnie pomóc w rozładowaniu licznych napięć na lekcji, pod warunkiem, że nauczyciel wcześniej ustawi granice dobrego tonu tak, by były zrozumiałe i akceptowane przez uczniów. Niezwykle ważna jest adekwatna samoocena nauczyciela i pozbycie się kompleksów. Nauczyciel powinien wiedzieć, kim mniej więcej jest, a kim nie jest, „bez żadnej ściemy” – jak mawia współczesna młodzież. Taki nauczyciel wtedy wcale nie musi udawać kogoś innego, ani odwoływać się do argumentu siły, jego własna osobowość pomoże mu w dziele edukacji i wychowania młodego pokolenia.
W tym momencie z pomocą moim rozważaniom także przychodzi Pan Smurzyński, który wspomina:
„W latach trzydziestych ubiegłego wieku dyrektorką gimnazjum żeńskiego w Łomży (czyli jak wówczas nazywano – przełożoną) została bardzo aktywna, energiczna i chyba stukilowa stara panna – druhna Celestyna – Pani prof. Celestyna Orlikowska. Druhna, ponieważ była zapaloną harcerką i często występowała ubrana w harcerski mundur (co przy jej tuszy było dość oryginalne). Druhna Celestyna dbała też o tężyznę fizyczną i w dni wolne wraz z uczennicami wybierała się wycieczki rowerowe. Szkolne humorystki ułożyły z tej okazji odpowiednią piosenkę ze słowami: „gdy rower jęczy i stęka, siodełko się ugina – to jedzie na wycieczkę druhna Celestyna...” I druhna Celestyna mimo, że dobrze znała tą piosenkę nigdy nie poszukiwała ani autora, ani wykonawców. Bo nigdy nie poniżyłaby się do szukania jakiejś „zemsty” na swoich wychowankach. U nich nie potrzebowała taką metodą podnosić swego autorytetu – wystarczał jej autorytet naukowy.”
Reasumując - nauczyciel pretendujący do roli autorytetu powinien nieustannie rozwijać swoje kompetencje zarówno profesjonalne, jak i wychowawcze. Przede wszystkim wychowywać własnym przykładem i być spójnym w tym co mówi i co robi. Własną pracowitością i kreatywnością wskaże właściwy kierunek uczniom. Niezwykle ważny jest także rozwój duchowy nauczyciela. Wychowując w duchu fundamentalnych wartości, jakimi są dobro, piękno i pokój - uczciwym i konsekwentnym postępowaniem obudzi szacunek swoich wychowanków. Musi wreszcie posiadać umiejętność opanowania toksycznych emocji – one w żadnym wypadku nie mogą skupić się na uczniu!
Jako nauczyciel marzę, by być takim autorytetem dla swoich uczniów, a jako rodzic bardzo życzyłabym sobie, żeby moje dzieci tylko takich nauczycieli spotkały na swojej edukacyjnej ścieżce. Tego życzę wszystkim dzieciom. Tego także – z okazji Dnia Nauczyciela – życzę wszystkim nauczycielom, tym bardziej że jestem jednym z nich.
Beata Sejnowska - Runo