Zaczął się pierwszy tydzień naszej prezydencji w Radzie Unii Europejskiej. Podczas niedawnej bytności w stolicy zauważyłam udekorowane specjalnie z tego powodu ulice. Także Łomża włączyła się w nasze przewodnictwo i od wczoraj, punktualnie w południe, z wieży ratuszowej rozlega się kantata IX symfonii Beethovena. Podobno 80 proc. Polaków cieszy się z naszego członkostwa w UE i półrocznej prezydencji. Tymczasem szwedzki dziennik "Dagens Nyheter" pisał wczoraj, że "Polacy zawsze są z czegoś niezadowoleni".
Przekazanie "władzy" w UE odbyło się wręcz teatralnie. Padło wiele słów: że Europa zasługuje na Polską prezydencję, że oczy całej Unii będą zwrócne na Polskę.
Usłyszeliśmy też, że nasz kraj dla wielu Europejczyków stał się symbolem nadziei, optymizmu, energii, siły przetrwania w czasach kryzysu i wielu innych kłopotach. Że Europa "z nadzieją patrzy na te sześć miesięcy"...
Premier, przejmując symbolicznie przewodnictwo w Radzie UE, dodał jeszcze, że Europejczykom potrzeba świadomości, co to znaczy solidarność - i że to wszystko Europa od Polski dostanie.
W tym momencie miałam już wątpliwości, czy mówimy o tej samej Polsce. Dzień wcześniej, nieprzypadkowo zresztą, ulicami Warszawy przeszła potężna manifestacja "Solidarności", żądając podwyżki płacy minimalnej. Dług publiczny, w przeliczeniu na każdego mieszkańca (także dziecko, które dopiero przyszło na świat) to ponad 22 tys. złotych. Ludzie wolą pracować w szarej strefie, niż oddawać państwu połowę swoich zarobków w podatkach.
Podobno narzekanie to nasz sport narodowy- tak twierdzi przynajmniej Jan Lewenhagen, korespondent szewdzkiego dziennika "Dagens Nyheter". My zawsze jesteśmy z czegoś niezadowoleni.
Czego więc Europa nam zazdrości? Dlaczego, zdaniem premiera, potrzebuje naszego "optymizmu i nadziei"? Kto uderza w fałszywą nutę?