Bardzo dobre spotkanie rozegrał w minioną sobotę na własnym boisku zespół ŁKS-u 1926 Łomża. W meczu 27. kolejki III ligi biało-czerwoni pokonali 4:2 dużo wyżej notowany Dąb Dąbrowa Białostocka i awansowali dzięki temu na 11. miejsce tabeli. Od gwarantującego utrzymanie w lidze 10. miejsca dzielą ełkaesiaków już tylko dwa punkty.
Kibice, którzy w deszczowe, sobotnie popołudnie przyszli na Stadion Miejski w Łomży z pewnością nie żałują tego, że wybrali właśnie taki sposób na spędzenie wolnego czasu. Oprócz tego, że mogli obejrzeć kawał naprawdę dobrej piłki w wykonaniu obu drużyn, to dodatkowo w meczu padło aż sześć goli, z czego cztery dla łomżyńskiej drużyny. Zaczęło się jednak wcale nie tak optymistycznie, bo od straty bramki już w 11 minucie. Chwilę wcześniej w dość niefrasobliwy sposób zachowali się środkowi obrońcy ŁKS-u w wyniku czego Łukasz Trochim, próbujący wyjściem z bramki ratować swój zespół przed utratą gola, spóźnił się ze wślizgiem i sfaulował napastnika gości. Sędzie ukarał naszego bramkarza żółtą kartką (za czerwoną także nikt nie mógłby mieć pretensji) i podyktował rzut karny. Ten, na bramkę zamienił Ernest Konon, choć trzeba przyznać, że Trochim, który wyczuł intencje strzelca, był bardzo bliski obrony. Tak się jednak nie stało i Dąb objął prowadzenie.
Strata gola na początku meczu i odrabianie strat, to żadna nowość dla podopiecznych Roberta Speichlera, którzy "przerabiają" taki scenariusz niemal w każdym meczu tej wiosny. Przyjezdni z prowadzenia cieszyli się zaledwie pięć minut. Tyle bowiem czasu potrzebowali ełkaesiacy, by wyrównać stan meczu, a autorem gola na 1:1 okazał się Alex Rodier, który wykorzystał bardzo dobre dośrodkowania Tomasza Staniórskiego. Nie zmyliła go nawet nieudana próba strzału przewrotką w wykonaniu Daniela Lemańskiego, który nie trafił przy tym w futbolówkę.
ŁKS, który jeszcze przed strzeleniem bramki miał inicjatywę i dyktował warunki gry nie zmienił zupełnie swojego nastawienia. Biało-czerwoni konstruowali akcję za akcją chcąc koniecznie wyjść na prowadzenie. Niestety, Ogromna chęć gry widoczna u piłkarzy nie spotkała się z uznaniem arbitra prowadzącego spotkanie, który najwyraźniej nie miał najlepszego dnia i gwizdał niemal każdy kontakt do jakich dochodziło między zawodnikami i to bez względu na to, czy faul był, czy nie było o nim mowy. Jako przykład podajmy chociażby sytuację, w jakiej za rzekomy faul na bramkarzu przerwana został akcja Lemańskiego, który jako pierwszy w polu karny dopadł do piłki, po czym to bramkarz gości wpadł na niego. Cała sytuacja miała miejsce poza polem bramkowym, gdzie jak wiadomo bramkarz jest nietykalny, poza tym to nie nasz napastnik wpadł na bramkarza gości, a wręcz odwrotnie. Mimo to pan sędzia dopatrzył się faulu na bramkarzu i podyktował rzut wolny. Podobnych sytuacji było więcej w całym meczu i o ile rzadko otwarcie krytykujemy pracę sędziów, to tym razem musimy zwrócić uwagę na tak niski poziom prowadzenia spotkania.
ŁKS, mimo przeciwności losu i decyzji arbitra grał najlepiej jak umiał i robił to naprawdę dobrze. Kilka razy z dystansu uderzał Rodier, ładnym strzałem z rzutu wolnego popisał się też Speichler. Piłka, po uderzeniach tego pierwszego, minimalnie mijała jednak słupek bramki o centymetry, a strzał grającego trenera ŁKS-u obronił Grzegorz Nowajczyk. Prawdziwe spustoszenie pod bramką przyjezdnych robiły jednak rzuty rożne, bardzo dobrze wykonywane przez Speichlera. Za każdym razem pachniało wówczas golem i w końcu w 35 minucie piłka trafiła na głowę Lemańskiego, który już po chwili mógł się cieszyć z kolejnej swojej bramki w biało-czerwonych barwach. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie, choć jeszcze w 45 minucie szansę na drugie trafienie w tym meczu miał Rodier. Próba lobowania bramkarza Dębu nie udała się jednak i piłkarze zeszli z boiska na zasłużony odpoczynek.
Na drugą połowę spotkania ełkaesiacy wyszli z myślą, by przetrwać spodziewaną nawałnicę ze strony piłkarzy Dębu i przejść ponownie do ataków na ich bramkę. Okazało się jednak, że Dąb nie jest w stanie poważnie zagrozić bramce strzeżonej przez Trochima, za to biało-czerwoni jak najbardziej mogą pokusić się o kolejne zdobycze. Swojej szansy nie zdołał co prawda wykorzystać w 49 minucie Rodier, którego uderzenie głową było minimalnie niecelne. Celnie za to i w dodatku bardzo mocno uderzał w 63 minucie Speichler. Nowajczyk jednak z wielkim trudem zdołał odbić piłkę na rzut rożny. Nadeszła jednak 70 minuta, w której po raz kolejny pokazał się z dobrej strony Lemański. Młody napastnik pokazał, że nie tylko umie strzelać, ale nie gorzej wychodzą mu asysty przy bramkach kolegów. Tym razem, znakomitym, prostopadłym podaniem obsłużył on Mariusza Baranowskiego, który w sytuacji sam na sam nie miał problemu z umieszczeniem piłki w siatce.
Kilka minut później grający trener biało-czerwonych najwyraźniej uznał, że jego drużyna ma już dobry wynik, a z gry nie wynika nic, co mogłoby zagrozić ŁKS-owi i postanowił ustąpić miejsca na boisku młodszemu koledze. Rafał Maćkowski, który zastąpił na murawie Speichlera, zrobił to naprawdę godnie i mógł już w chwilę po wejściu wpisać się na listę strzelców. Zabrakło jedynie trochę szczęścia, kiedy w 79 minucie uderzona przez niego sprzed pola karnego piłka zamiast zatrzepotać w siatce, trafiła w poprzeczkę. Jeszcze mniej szczęścia miał pomocnik ŁKS-u kilka minut później, kiedy będą na szóstym metrze nie zdołał wykorzystać podania kolegi i kiksując przeniósł futbolówkę wysoko nad bramką.
Choć do końca meczu pozostało już niewiele czasu i ŁKS miał świetny wynik, ataki biało-czerwonych nie traciły na sile, a ich zaangażowanie po niemal półtorej godzinie gry co chwila nagradzali brawami kibice. Bardzo aktywny, jak zwykle przez całe spotkanie był Alex Rodier i to on był głównym aktorem kolejnej akcji bramkowej dla łomżyńskiej drużyny. W 89 minucie przedarł się on lewą stroną w pole karne i mijając wybiegającego bramkarza celnie uderzył z bardzo ostrego kąta. Choć piłka zmierzała między słupki, dopadł jej jeszcze Lemański i wpakował do siatki, i to on, a nie kolega z drużyny wpisał się do protokołu meczowego jako strzelec gola na 4:1.
Po upłynięciu regulaminowego czasu gry, kiedy wydawało się, że nic już nie jest w stanie zagrozić wysokiemu zwycięstwu biało-czerwonych, po raz kolejny arbiter prowadzący spotkanie postanowił pokazać, że on też ma tu coś do powiedzenia. W zamieszaniu pod bramką ŁKS-u przypadkowo, z małej odległości, trafiony w rękę został jeden z łomżyńskich obrońców i sędzia podyktował drugi w tym meczu rzut karny dla Dębu. Na naszym nagraniu video nie widać w tej sytuacji żadnego ruchu ręki w stronę piłki łomżyńskiego zawodnika, a nawet wygląda to tak, że gdyby piłkarz nawet tej ręki nie posiadał, to i tak zostałby trafiony piłką. Arbiter widział swoje, lub raczej usłyszał krzyk "ręka" od piłkarzy z Dąbrowy i podarował im w ten sposób szansę na zmniejszenie rozmiarów porażki. Szansę tę wykorzystał ponownie Konon, po strzale którego przy wyniku 4:2 dla ŁKS-u sędzia nie pozwolił już na wznowienie gry i zakończył spotkanie.
ŁKS 1926 Łomża – Dąb Dąbrowa Białostocka 4:2 (2:1)
Bramki: 16’ Rodier, 35’ i 89’ Lemański, 70’ Baranowski - 11’(k) i 90+3’(k) Ernest Konon
ŁKS: Trochim, Kacprzyk (79’ Brzozowski), Villagomez, Malinowski Maciej, Stankiewicz, Baranowski (90’ Marcin Malinowski), Ipina, Staniórski, Speichler (71’ Maćkowski), Lemański (90’ Tercjak), Rodier.
Dąb: Nowajczyk, Michał Łabieniec (46’ Budnik), Chańko, Korotkiewicz, Markiewicz, Citko, Dzitkowski (76’ Mateusz Łabieniec), Biernacki, Orpik, Konon, Sołowiej (46’ Firańczyk).