Piłkarze ŁKS-u 1926 stanęli dziś na wysokości zadania i po hattricku Alexa Rodiera pokonali faworyzowany zespół Sokoła Ostróda 3:2. Już tylko jedno zwycięstwo dzieli biało-czerwonych od stuprocentowej pewności utrzymania w III lidze i to bez oglądania się na wyniki rywali.
Alex Rodier, który w sobotnim spotkaniu przedostatniej, 33. kolejki III ligi, strzelił rywalom trzy gole, dał ŁKS-owi nie tylko komplet punktów, ale również mocno zwiększył szanse łomżyńskiej drużyny na pozostanie w kolejnym sezonie w gronie trzecioligowców. Każdy mecz jednak wygrywa, przegrywa czy też remisuje cała drużyna, a nie pojedynczy zawodnik. I właśnie cała łomżyńska drużyna walczyła w sobotnim spotkaniu tak, jak tego od niej oczekują kibice.
- Powiedziałem dziś na odprawie chłopakom, żeby sobie wyobrazili, że grają ostatni mecz w swojej karierze, przygodzie piłkarskiej i to było widać, że naprawdę bardzo dużo z siebie dali - chwalił zaangażowanie swoich podopiecznych trener Rober Speichler, który zestawiając skład na to spotkanie, podjął bardzo odważną decyzję o posadzeniu na ławce doświadczonego Łukasza Trochima. Zastąpił go młody golkiper ŁKS-u Adrian Jędraszczak.
- Dzisiaj postanowiliśmy wystawić Adriana, który pokazywał się z bardzo dobrej strony na treningach. Łukasz w ostatnim meczu ze Startem Działdowo popełnił kilka błędów i Adrian go dzisiaj, myślę że godnie, zastąpił - przyznał Speichler. Opiekun ŁKS-u nie chciał jednak mówić, który z bramkarzy zajmie miejsce pomiędzy słupkami w ostatnim meczu sezonu, z Warmią w Grajewie.
Wracając jednak do samego spotkania, to trzeba jasno powiedzieć, że Sokół Ostróda, który już przed meczem z ŁKS-em zapewnił sobie zwycięstwo w lidze, pokazał na łomżyńskim stadionie naprawdę dobrą piłkę. Ponieważ również ŁKS był w dobrej dyspozycji, to kibice obejrzeli ciekawy mecz, w którym padło aż pięć goli.
Co ciekawe, początek spotkania nie zapowiadał wcale, że tak się ono potoczy. Przez pierwsze 20 minut żadna z drużyn nie zdołała oddać celnego strzału na bramkę rywali, choć bliski tego był w 4. minucie Alex Rodier, który jednak nie trafił głową w piłkę dośrodkowaną przez Kevina Ipinę. W tym okresie gry to Sokół może powiedzieć, że był częściej przy piłce, a gra przez większość czasu toczyła się na łomżyńskiej połowie boiska.
Nadeszła jednak 20 minuta i rzut rożny dla ŁKS-u. Pod wodzą Roberta Speichlera ŁKS dość dużo goli zdobywa po stałych fragmentach, dlatego każda taka sytuacja, to nadzieja na zdobycz bramkową. Tak właśnie stało się tym razem. Piłkę, dośrodkowaną przez grającego trenera na bliższy słupek, głową do siatki wbił Alex Rodier. Przyjezdni próbowali co prawda protestować, że Amerykanin sfaulował przy tym w polu bramkowym ich golkipera, ale robili to bez większego przekonania, a na naszych zdjęciach wyraźnie widać, że to raczej bramkarz Sokoła wskoczył na plecy rosłego napastnika, niż Rodier wpadł na niego.
Z prowadzenia gospodarze i kibice cieszyli się zaledwie minutę. Ledwie bowiem goście wznowili grę ze środka boiska, natychmiast wyprowadzili szybką akcję prawą stroną i bezradnego Jędraszczaka płaskim strzałem w długi róg pokonał Paweł Podhorodecki. Większość piłkarzy ŁKS-u w tym czasie jeszcze cieszyła się objęcia prowadzenia, które to wydarzenie właśnie przestało być stanem aktualnym.
Po strzeleniu wyrównującego gola zespół z Ostródy wrócił do swojej wcześniejszej gry. Mając z tyłu solidną obronę i lepiej rozgrywając piłkę w środku pola, ostródzianie co raz próbowali organizować akcje zaczepne na połowie ŁKS-u. W 32 minucie przyniosło to gościom drugiego gola i objęcie prowadzenia. Prostopadle zagrana piłka trafiła do Piotra Piceluka, który nie miał problemu z umieszczeniem jej w siatce.
Sytuacja ta spowodowała jednak mocne protesty gospodarzy u sędziego. Domagali się oni nieuznania bramki, jako że sędzia liniowy zrobił ruch ręką, jakby chciał wskazać na spalonego. Głowny zinterpretował jednak tę sytuację inaczej, a łomżyńscy zawodnicy do spółki z bramkarzem powinni nauczyć się, że gra się do gwizdka, a nie zatrzymuje, bo sędzia liniowy zrobił ruch ręką. A może chciał się tylko podrapać po nosie? Grę przerywa się na gwizdek i tę znaną przecież zasadę w bolesny sposób przypomnieli sobie łomżyńscy zawodnicy.
Końcówka pierwszej połowy nie przyniosła ani większych zmian w obrazie gry, ani też zmiany wyniku i piłkarze zeszli do szatni przy stanie 1:2.
Początek drugiej odsłony meczu wyglądał podobnie, jak końcówka pierwszej. Nieco lepsze wrażenie sprawiał Sokół, choć trudno mówić o jakiejś wyraźnej różnicy między obiema jedenastkami. Tak, jakby grały drużyny sąsiadujące w tabeli, a nie zwycięzca rozgrywek z broniącym się przed spadkiem rywalem.
Nic zatem nie zapowiadało tego, co wydarzyło się w 51. minucie. Wtedy to na indywidualną akcję lewą stroną zdecydował się Rodier. Amerykanin przedostał się z piłką w pole karne, gdzie tak "rozbujał" obrońcę gości, że ten drugi po chwili stracił już całkiem orientację, gdzie jest piłka i w którą stronę zamierza udać się z nią napastnik ŁKS-u. A ten, zanim jeszcze zdołał do niego dobiec asekurujący ogranego obrońcę kolega, błyskawicznie zdecydował się na uderzenie i przepięknym strzałem z dość ostrego kąta pokonał bramkarza gości, nie tylko zrywając przy tym pajęczynę z okienka bramki, ale być może nawet zabijając pająka, który sobie ją tam rozciągnął.
Od tej chwili w ŁKS jakby wstąpiły nowe siły i nowa motywacja. Biało-czerwoni ruszyli do ataku i teraz to oni stali się stroną dyktującą warunki w meczu. Coraz mocniej naciskani goście, zaczęli popełniać drobne błędy w obronie. To ktoś nie zdążył z kryciem, to spóźnił się przy wybiciu piłki. Zaczęły mnożyć się stałe fragmenty. Ale to nie z piłki stojącej, a z akcji, w 62. minucie bliski strzelenia trzeciego gola dla ŁKS-u był Daniel Kacprzyk. Popisał się on bardzo ładnym uderzeniem z około 20 metrów, po którym bramkarz tylko wzrokiem odprowadził piłkę, trafiającą w poprzeczkę jego bramki.
Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. Siedem minut później, po raz drugi w tym meczu, biało-czerwonych na prowadzenie wyprowadził Rodier, strzelając głową, po imponującym "szczupaku", swojego trzeciego gola w tym meczu i kompletując hattricka.
Po stracie gola Sokół próbował na wszelkie sposoby odrobić straty, jednak ŁKS nie pozwolił sobie wydrzeć zwycięstwa i trzy punkty, tak ważne w kontekście utrzymania, pozostały w Łomży.
Ten wymarzony wynik, w który przed meczem mało kto wierzył, jest tym bardziej istotny, że bezpośredni rywal biało-czerwonych w walce o bezpieczną, 11. lokatę, Warmia Grajewo, poniósł porażkę z Motorem Lubawa i obecnie to ŁKS, z przewagą trzech punktów, zajmuje to miejsce w tabeli. Biorąc jednak pod uwagę, że Warmia ma jeszcze do rozegrania zaległy mecz z Wissą i zakładając, że jej piłkarze zrobią wszystko, by w najbliższy wtorek wywieźć ze Szczuczyna komplet punktów, ostateczne rozstrzygnięcie nastąpi najprawdopodobniej dopiero w ostatniej kolejce, w której Warmia podejmie ŁKS na własnym stadionie.
- Jeśli chodzi o dzisiejszy pojedynek, to na pewno kibice widzieli dużo walki i zaangażowania, i myślę też, że i ładnej gry z naszej strony, jak i ze strony Ostródy. Już nie pierwszy raz potwierdza się, że jeżeli gramy z zespołami, które preferują otwarty futbol, to ta gra z naszej strony wygląda naprawdę bardzo dobrze. Mimo straconych bramek myślę, że chłopakom należy się wielki szacunek i duża pochwała za to, że się zmobilizowali po ostatnich niepowodzeniach, jakie nas dotknęły i naprawdę zostawili bardzo dużo zdrowia. A nasza sytuacja? Gramy dalej. Szykujemy się na następny mecz, z Warmnią Grajewo. Już ostatni. I będzie to kolejny mecz o życie - podsumował Robert Speichler.
ŁKS 1926 Łomża - Sokół Ostróda 3:2 (1:2)
Bramki: Rodier 20", 51", 69" - Podhorodecki 22", Piceluk 32"
ŁKS: Jędraszczak - Staniórski, Stankiewicz, Bajor, Ipina - Villagomez, Kacprzyk, Speichler (81" Marcin Malinowski), Baranowski (74" Maciej Malinowski) - Rodier, Lemański.
Sokół: Sikora - Podhorodecki, Kowalski, Burchart, Śnieżawski - Nawotka, Gwiazda, Płoszczuk, Figurski, Słowicki - Piceluk.