Ostatnio, próbując podpalić gaz pod czajnikiem, zużyłam dokładnie osiem zapałek. Żadna nie była w stanie zapłonąć. Z koszyka kupionych w sklepie malin połowa wylądowała w śmieciach, bo była już nadpsuta. Gotową wędlinę przestałam już kupować dość dawno temu, bo na drugi dzień, nawet trzymana w specjalnej szufladzie w lodówce, przypomina raczej oślizgły plastik, a nie smakowity kawałek mięsa. Co w takim razie stało się z naszą słynną, polską jakością? Czemu pozwalamy sobie wciskać taki bubel?
Od dobrych kilku lat docierają do nas echa afer w różnych zakładach mięsnych i sklepach spożywczych, gdzie mięso i wędliny myje się płynem do naczyń albo obsypuje przyprawami, by wcisnąć je klientowi. Nie dalej jak dwa lata temu dowiedzieliśmy się przecież, że ze Szwecji na nasze stoły trafiło mięso, bagatela, 26-letnie!
Nawet istnieją w Polsce specjalne instytucje (np. inspekcja handlowa), które kontrolują i powinny walczyć z takimi nieuczciwymi zagraniami producentów i sprzedawców, groźnymi dla naszego portfela, ale i zdrowia. Przepisy jednak nie pozwalają opublikować nazw przedsiębiorstw, które nas trują. Tym samym po kontroli urzędników dostajemy komunikat: "Na 10 kontroli w 6 sklepach stwierdzono nieprawidłowości". Ale w jakich? Które produkty były oszukane? Tego już się nie dowiemy. Instytucje chronią więc bardziej klienta, czy tego, kto ma pieniądze?
Ja całym sercem tęsknię za naturalnością, prawdziwymi zapachami i smakami, ekologią na co dzień. Za prawdziwym ciastem z jajkami od kur, pachnącą szynką, słodkim miodem bez chloramfenikolu. Za wakacjami "pod gruszą", ale w otoczeniu bliskich, a nie tylko ich avatarów. Za czasem, który przecieka przez palce, ale jest tak dobrze, że nie trzeba za nim gonić...