Lepiej późno niż wcale - mówi stare, polskie porzekadło. Po serii trzech przegranych meczów i jeszcze dłuższej serii niemocy strzeleckiej, kiedy piłkarze ŁKS-u wykorzystywali tylko niewielki procent stwarzanych sytuacji, najwyraźniej w meczu 28. kolejki z Pogonią Łapy doszło do przełamania. Przed tygodniem podopieczni trenerów Marcina Mroczkowskiego i Jacka Lisa, co prawda męcząc się niesamowicie, pokonali spadkowicza z ligi aplikując mu trzy gole ale i tracąc przy tym dwa. Za to już w ostatnią sobotę wrócili do bardzo dobrej dyspozycji, zarówno w ofensywie jak i w grze obronnej, pokonując na wyjeździe zdecydowanie lepszą od Pogoni, jak na to wskazuje miejsce w tabeli i ilość zebranych punktów, drużynę MKS-u Korsze aż 6:0.
Od pierwszego gwizdka sędziego przebieg spotkania kontrolował ŁKS. Ułożyło się ono zresztą dla biało-czerwonych znakomicie, bo już w 3 min. Artur Urban, wykorzystując dokładne podanie Karola Drągowskiego z rzutu wolnego, głową pokonał golkipera gospodarzy. Nawet dziesięciu minut nie potrzebowali łomżanie, by umocnić się na prowadzeniu. W 11 min. Mateusz Laskowski odebrał piłkę przeciwnikowi w środku pola i poddał ją do znajdującego się w dogodnej pozycji Jakuba Ambrożewicza. Napastnik ŁKS-u nie zmarnował sytuacji sam na sam z bramkarzem MKS-u i bez problemu umieścił piłkę w siatce.
Po strzeleniu drugiego gola gra nieco się wyrównała i do głosu zaczęli dochodzić miejscowi. Obie drużyny stworzyły sobie po kilka niezłych sytuacji, ale stan meczu do przerwy już się nie zmienił. Za to początek drugiej połowy znów należał do zespołu z Łomży. Podobnie jak na samym początku meczu, zaledwie trzech minut po wznowieniu gry potrzeba było, by strzelić gospodarzom kolejnego gola. Tym razem Mateusz Laskowski zauważył, że bramkarz MKS-u zrobił sobie "wycieczkę" dość daleko od własnej bramki i nie zastanawiając się długo postanowił skorzystać z okazji. Uderzona przez niego niemal z połowy boiska piłka trafiła do bramki i było już 3:0 dla biało-czerwonych.
Zaledwie 4 minuty później kolejny raz z dobrej strony pokazał się "Laska". Tym razem obsłużony został przez Patryka Szymańskiego, który widząc Mateusza na dogodnej pozycji dograł mu dokładnie piłkę i najlepszy strzelec ŁKS-u powiększył swój dorobek o kolejnego gola, a wynik brzmiał już 4:0 dla ŁKS-u.
Pierwsze 9 minut drugiej połowy w wykonaniu łomżan okazało się prawdziwie piorunujące, bowiem już w 54 minucie nadarzyła się okazja, by Laskowski mógł zrewanżować się koledze za asystę sprzed 2 minut. Znakomicie wyłożona przez niego piłka spowodowała, że Szymański znalazł się na czystej pozycji do oddania strzału. On również nie zmarnował okazji i powiększył prowadzenie ŁKS-u do pięciu goli.
ŁKS, czując tego dnia swoją siłę nie zamierzał spocząć na laurach i chciał jeszcze bardziej pognębić kompletnie rozbitych rywali. Udało się to w 67 min. kiedy swoją drugą bramkę, a już szóstą w tym meczu, zdobył Szymański pieczętując wysokie zwycięstwo swojej drużyny.
Czyżby wysoka forma wróciła? Przekonamy się o tym w środę 13 czerwca, kiedy ŁKS w finale Okręgowego Pucharu Polski zmierzy się z wyżej notowanym Dębem Dąbrowa Białostoka na jego terenie. Przypomnijmy tylko, że w spotkaniu ligowym ŁKS poległ w Dąbrowie w stosunku 4:1 i była to najwyższa porażka naszej drużyny w rundzie wiosennej. Nie narzekalibyśmy na odwrotny wynik w środowym meczu, ale nawet skromne 1:0 będzie bardzo mile widziane. Po zaprzepaszczeniu szans na awans, będzie to bowiem najważniejszy mecz tego sezonu, który koniecznie trzeba wygrać, by obronić zdobyty przed rokiem puchar.
MKS Korsze - ŁKS 1926 Łomża 0:6
Bramki: Urban 3", Ambrożewiecz 11", Laskowski 48", 52", Szymański 54", 67"
MKS: Kotkowski, Branicki, Miłoszewski, Piwiszkis, Kozłowski, Sawicki Paweł, Sawicki Piotr, Miller, Roksela, Solecki, Chwaszczewski
ŁKS: Iwanowski, Konopka, Tarnowski, Urban (59" Malinowski), Staniórski (28" Pyko), Mleczek, Rydzewski, Drągowski, Szymański, Ambrożewicz, Laskowski