Jedna, jedyna interwencja w całym meczu i to po uderzeniu z połowy boiska- to wszystko, czym musiał wykazać się w dzisiejszym spotkaniu Daniel Iwanowski, zastępujący między słupkami bramki ŁKS-u chorego Rafała Rakowieckiego. Podopieczni trenera Sławomira Kopczewskiego w meczu 9. kolejki III ligi osiągnęli dziś chyba najniższy możliwy wynik...
ŁKS zaczął, jak to ma w zwyczaju, od (nomen-omen) huraganowych ataków na bramkę Przemysława Matłoki, co mogło przynieść efekt już w 3 min., kiedy to oko w oko z bramkarzem gości stanął Marcin Truszkowski. Okazało się jednak, że to jeszcze nie jest ten moment i Matłoka wyszedł cało ze spotkania z napastnikiem biało-czerwonych.
Dwie minuty później po raz drugi przed szansą otwarcia wyniku stanął najlepszy strzelec ŁKS-u, lecz i tym razem jego strzał z 16 metrów minął bramkę przyjezdnych. Również w 9 min. Truszkowski nie zdołał uderzyć piłki po dobrym podaniu Cychola tak, jakby sobie to mógł wymarzyć i wciąż był wynik bezbramkowy.
Widać jednak było wyraźnie, że przewaga łomżyńskiej drużyny jest bezdyskusyjna i przy obecnej formie Truszkowskiego, który i dziś co chwila znajdował się w dogodnej sytuacji, bramka dla gospodarzy jest tylko kwestią czasu. W końcu w 20 min. futbolówka, po uderzeniu z woleja znalazła drogę do bramki przyjezdnych, a umieścił ją tam Łukasz Tarnowski. Stało się to jednak sekundę po gwizdku arbitra, który przerwał grę z powodu faulu na bramkarzu gości.
Co się odwlecze, to nie uciecze - mówi stare przysłowie pszczół i sprawdziło się to już w następnej minucie. Po rzucie rożnym, wykonywanym z prawej strony przez Karola Drągowskiego piłkę wybili co prawda obrońcy, ale wprost pod nogi łomżyńskiego pomocnika, który wrzucił ją z powrotem w "szesnastkę". Tym razem trafiła ona dokładnie do Truszkowskiego, który bardzo spokojnie przyjął ją, "kiwnął" obrońcę i z trzech metrów bez problemu umieścił w siatce, tuż obok bezradnego golkipera gości.
Prowadzona w niezłym tempie gra, od momentu zmiany wyniku nieco "siadła". ŁKS co prawda atakował, ale już nie tak zdecydowanie jak wcześniej, a morążanie najwyraźniej postanowili poczekać na przerwę i instrukcje od swojego trenera, nie chcąc zbyt szybko się odsłonić i narazić na kontry gospodarzy. Kto ogląda czasem mecze klasowych zespołów ten wie, że takie drużyny w sytuacji strzelenia gola natychmiast próbują "iść za ciosem", a po stracie starają się jak najszybciej ją odrobić. W tym przypadku dało się zauważyć nieco odmienne podejście u obu ekip, choć może nie do końca, bo wznawiając grę po golu jeden z napastników gości postanowił spróbować szczęścia i pokonać Iwanowskiego strzałem niemal dokładnie ze środka boiska. Jako, że łomżyński bramkarz był nieco wysunięty przed swoją bramkę, uderzenie to z pewnością trochę go zaskoczyło i pewnie napędziło odrobinę strachu, ale Iwanowski to doświadczony zawodnik i nie dał się pokonać w tak kuriozalny sposób. Broniąc się jednak przed piłką "za kołnierz" zmuszony był do wybicia jej na rzut rożny i była to jedyna korzyść przyjezdnych z tego zaskakującego strzału.
Drugą połowę oba zespoły zaczęły spokojnie. ŁKS, prowadząc 1:0 nie śpieszył się z atakami, a Huragan przypominał raczej lekki, wiosenny wietrzyk, który krzywdy nikomu nie zrobi. Taki spoób gry najwyraźniej znudził Marcina Truszkowskiego, który w 54 minucie dał sygnał do ataku. Jego strzał obronił jednak Matłoka wybijając piłkę na róg.
Po kilku minutach obudzili się również przyjezdni, którzy chyba nie chcieli przegrać czwartego meczu z rzędu. Po strzale jednego z ich napastników z 59 min. piłka poszybowała jednak wysoko nad bramką bezrobotnego Iwanowskiego.
W końcu nadeszła 73 min. i świetnie przeprowadzona kontra biało-czerwonych, po której po raz drugi ze zdobycia bramki cieszył się Truszkowski. Tym razem idealnym, prostopadłym podaniem pomiędzy stoperów gości popisał się wprowadzony nieco wcześniej na boisko Jakub Ambrożewicz. Piłka uderzona była dokładnie w tempo biegu Truszkowskiego, który bez problemu wykończył idealną sytuację, w jakiej się znalazł strzałem w okienko bramki gości.
W 79 min. za sprawą kolejnego wprowadzonego z ławki zawodnika ŁKS-u mogło być już 3:0. Tym razem bardzo dobrym uderzeniem w lewy, dolny róg bramki popisał się przebywający od 2 minut na boisku Przemysław Olesiński. Piłka z pewnością trafiłaby do siatki, gdyby nie znakomita interwencja Matłoki, który wyciągnął się jak struna i zdołał wybić futbolówkę na róg.
Pięć minut później, nie pierwszy już tego dnia błąd sędziego, pozbawił ŁKS możłiwości podwyższenia wyniku. Wbiegający w pole karne gości Adrian Mleczek został dosłownie wycięty równo z trawą, gdzie żaden inny sędzia nie powinien mieć problemu nie tylko z podyktowaniem rzutu karnego, ale i z pokazaniem obrońcy kartki (kolor wedle uznania) za faul z tyłu. Żaden inny, ale nie ten. Dzisiejszy arbiter bowiem nawet nie zauważył tego zdarzenia, a jeśli zauważył, to zupełnie je zignorował, a jego gwizdek milczał jak zaklęty.
Sam Mleczek za to stanął jeszcze raz przed szansą pokonania Matłoki w 90 min. Jego strzał bez problemu wyłapał jednak bramkarz przyjezdnych, lecz gdyby Adrian zamiast kończyć akcję samemu, zdecydował się podać do dużo lepiej ustawionego Kamila Kiełczewskiego, to zapewne ŁKS wygrałby to spotkanie 3:0, a Kiełczewski zaliczyłby pierwsze trafienie w biało-czerwonych barwach.
Tak się jednak nie stało i ŁKS wygrał 2:0 odnosząc tym samym już czwarte zwycięstwo z rzędu, co przy wyniku 4:0 jaki padł w dzisiejszym meczu Mrągowii z Granicą Kętrzyn, umocniło go na 2. pozycji w ligowej tabeli. Okazało się, że Huragan był nim dzisiaj tylko z nazwy, a tak naprawdę to tylko niegroźny wietrzyk.
- Trudno coś powiedzieć po czwartej porażce z rzędu. Uczulałem swoich zawodników, żeby próbowali uderzać z dystansu, lecz tych strzałów nie było. Nie strzeliliśmy bramki, bo tak naprawdę nie próbowaliśmy kopnąć w stronę bramki. Łomżyńskiej drużynie należało się zwycięstwo w tym meczu. Gratuluję trenerowi i życzę powodzenia w kolejnych spotkaniach - powiedział trener gości Krzysztof Machiński.
- Na pewno cieszą punkty, bo kolejne spotkanie wygrywamy 2:0, nie tracimy bramki. Możemy być zadowoleni, bo ta nasza dobra passa trwa. 12 punktów w czterech kolejnych meczach, to są powody do zadowolenia. Bardzo dobry fragment gry szczególnie w pierwszym kwadransie spotkania, ale niestety nie dotyczy to trzech sytuacji, jakie mieliśmy i nie wpadła żadna. Później jednak Marcin Truszkowski wykorzystał to, co miał i wygraliśmy dzięki temu 2:0. Troszeczkę zastanawiające jest, że mieliśmy taki kryzys nie wiadomo z czego wynikający pomiędzy 30 minutą a przerwą i po przerwie przez 15 minut. Dopiero zmiany wniosły dużo ożywienia. Szczególnie bardzo dobre dogranie piłki przez Kubę Ambrożewicza do Marcina Truszkowskiego pokazało, że ten zawodnik jednak ma duże umiejętności i predyspozycje do tego, żeby grać na najwyższym poziomie - podsumował grę swoich podopiecznych trener Sławomir Kopczewski.
- Zespół robi wszystko, żeby tą passę dalej podtrzymać i w tym kierunku będziemy dalej zmierzać. Nie będziemy się oglądać na to, co się dzieje w tabeli. Będziemy cały czas analizowali tylko i wyłącznie swoje mecze i pilnowali swoich spotkań - zadeklarował Kopczewski.
ŁKS 1926 Łomża - Huragan Morąg 2:0 (1:0)
Bramki: Truszkowski 21, 73
ŁKS: Iwanowski, Tarnowski, Cychol, Grzybowski, Karwacki (77 Olesiński), Malinowski, Kacprzyk (62 Mleczek), Drągowski, Bernatowicz (86 Kiełczewski), Stachelski (62 Ambrożewicz), Truszkowski
Huragan: Matłoka, Naczas Artur, Rytelewski, Naczas Grzegorz, Galik Łukasz, Przybylski (81 Machiński), Galik Paweł, Kierstan, Mędrzycki, Gagat (75 Adamski), Płoszczuk