Po serii porażek i pechowym remisie przed tygodniem, drużyna ŁKS 1926 Łomża odniosła pierwsze, pod wodzą nowego trenera, ligowe zwycięstwo. Biało-czerwoni, z bagażem trzech goli, odprawili dziś beniaminka III ligi, zespół Sokoła Ostróda.
- Ten wynik jest zdecydowanie za wysoki i zupełnie nie odzwierciedla przebiegu gry - zgodnie stwierdzili obaj szkoleniowcy.
Trudno odmówić im racji, bowiem równie dobrze to ŁKS mógł ten mecz przegrać, gdyby nie znakomita postawa w bramce Rafała Rakowieckiego, którego równie dobrze asekurowali obrońcy, aż trzykrotnie wybijając piłkę zmierzającą do pustej bramki.
Pierwszy sygnał, że nie będą "chłopcami do bicia", dali goście już w 2 minucie, kiedy to próbowali zaskoczyć Rakowieckiego strzałem z dystansu. Piłkę uderzoną przez jednego z zawodników Sokoła zablokował Karol Drągowski, który za tę interwencję zapłacił jednak dość wysoką cenę.
- Karol zablokował strzał i poczuł ból w kolanie, przez co musiał zejść z boiska. Nie wiemy na razie czy jest to coś poważnego - poinformował trener Mariusz Bekas.
Drągowskiego w 13 minucie zastąpił Mateusz Laskowski i nieco później okazało się, że zmiana ta mimo wszystko przyniosła drużynie korzyść. To Laskowski bowiem otworzył wynik spotkania.
W 10 minucie mogło być natomiast 1:0 dla gości. Na szczęście, za plecami Rakowieckiego, który nie zdołał wybronić strzału zawodnika gości, znalazł się Robert Cychol, który wybił piłkę zmierzającą do pustej bramki zarówno po pierwszym uderzeniu, jak też i drugi raz w tej samej akcji, po dobitce.
W 14 minucie wreszcie na konkretną odpowiedź zdobył się ŁKS. Przemysław Olesiński popisał się ładnym strzałem w krótki róg bramki przyjezdnych, ale Piotr Sikora, choć nie bez problemów, zdołał wybronić to uderzenie. Chwilę później, tuż obok słupka, posłał piłkę Marcin Truszkowski.
Za to w 18 minucie ŁKS powinien wyjść na prowadzenie. Po szybkiej kontrze prawą stroną, piłkę dośrodkowaną w pole karne, tuż przed bramką dostał Adrian Mleczek. Młody pomocnik biało-czerwonych, zamiast próbować szybkiego uderzenia z pierwszej piłki, przyjął ją, co wystarczyło, by z jednej strony dogonił go obrońca gości, a z drugiej zbliżył się bramkarz. Uniemożliwiło to oddanie strzału.
W ciągu kolejnych kilkunastu minut kibice zgromadzeni na łomżyńskim stadionie oglądali po kilka strzałów z dystansu w wykonaniu zawodników obu drużyn. Większość z nich niecelna, ale trudno było narzekać na nudę.
Natomiast w 36 minucie o dużym pechu mogli mówić zawodnicy gości. Piłka uderzona przez jednego z nich obok wychodzącego z bramki Rakowieckiego, tylko o centymetry minęła dalszy słupek bramki ŁKS-u.
Pierwsza, bardzo wyrównana połowa, zakończyła się wynikiem bezbramkowym. Można ją krótko podsumować tak, że przewagę w posiadaniu piłki i inicjatywie miał ŁKS, ale to goście mieli więcej klarownych sytuacji do zdobycia gola, których nie zdołali jednak wykorzystać.
Początek drugiej połowy to, podobnie jak w pierwszych minutach meczu, zagrożenie ze strony przyjezdnych. W 48 minucie, po faulu Cychola, jeden z zawodników gości wykonywał rzut wolny z ok. 20 metrów od bramki Rakowieckiego. Bardzo sprytne uderzenie piłki obok muru, z nadaniem jej dużej rotacji, sprawiło mnóstwo problemów bramkarzowi biało-czerwonych. Zdołał on jednak odbić futbolówkę, zmierzającą tuż przy słupku do bramki na róg.
W 54 minucie na stadionie wybuchła jednak w końcu radość. Po znakomitym, prostopadłym podaniu na czystą pozycję wyszedł Mateusz Laskowski, który mimo asysty nieco spóźnionego obrońcy gości i szybkiego wyjścia Sikory, ze stoickim spokojem z 18 metrów przerzucił piłkę nad bramkarzem Sokoła i wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Gol ten spowodował, że goście od tego momentu musieli zagrać bardziej ofensywnie, co stwarzało okazje do kontrataków. Nie mniej istotny jest też fakt, że "Laska", któremu w tym sezonie wyraźnie "nie szło", w końcu się odblokował i zaliczył pierwsze swoje trafienie. Gratulujemy i liczymy na to, że w kolejnych meczach będziemy mogli liczyć mu strzelone bramki tak, jak to bywało w niedalekiej przeszłości.
Otwarcie wyniku spowodowało też bardziej otwartą grę drużyny z Ostródy i stworzyło większe możliwości ofensywne biało-czerwonym. W 66 minucie wykorzystał to Marcin Truszkowski, który wykończył akcję Laskowskiego. Mateusz, który dostał dobre podanie w pole karne, uderzył piłkę w stronę bramki trafiając nią jednak w bramkarza. Futbolówka wróciła do naszego napastnika, który zamiast próbować na siłę dobijać, zauważył na znacznie lepszej pozycji Truszkowskiego i wycofał piłkę do niego. Strzał tego ostatniego był nie do obrony i ŁKS prowadził już 2:0.
Zaledwie cztery minuty później rzut wolny z ok. 30 metrów wykonywał Truszkowski. Piłka dośrodkowana przez niego spadła na głowę obrońcy gości, przez co została przedłużona, kompletnie zaskoczyła Sikorę i wpadła do siatki. Dzięki temu ŁKS zwiększył prowadzenie już do trzech goli i mecz w zasadzie wydawał się rozstrzygnięty. Nie wiemy, co wpisał do protokołu meczowego arbiter, ale my zaliczamy tego gola Truszkowskiemu, który w ten sposób po kilku meczach bez trafienia, dziś dwukrotnie wpisał się na listę strzelców.
W 72 minucie ponownie szczęście dopisało ŁKS-owi. Trzeci raz w tym spotkaniu zawodnik gospodarzy wybił bowiem piłkę z pustej bramki, a był nim tym razem Albert Rydzewski, który poza tym zagraniem mocno pracował dziś na całym boisku i zaliczył naszym zdaniem bardzo dobry występ.
Natomiast w 87 minucie wynik mógł ulec zmianie na korzyść gospodarzy. Piłkę na prawą stronę do Tomasza Bernatowicza zagrał Truszkowski. "Berni" pociągnął po skrzydle i celnie dośrodkował w pole karne, tuż pod nogi Laskowskiego. Strzał napastnika biało-czerwonych chyba tylko cudem nie znalazł drogi do bramki. Piłka minęła minimalnie słupek i wynik już do końca spotkania pozostał bez zmian.
- Z mojej perspektywy było to dziwne spotkanie. Gratuluję gospodarzom zwycięstwa, ale myślę, że jest za wysokie, z przebiegu całego spotkania. Były to dwie różne połowy. W pierwszej to my mogliśmy sobie ten mecz ustawić, ale jak się nie strzela takich sytuacji jakie mieliśmy, to niestety w pewnym momencie zdarza się tak, że przeciwnik, jak to się mówi "napocznie" no i wygrywa 3:0 - mówił po meczu trener Sokoła Ostróda Czesław Żukowski.
- Zgadzam się z trenerem gości, że to zwycięstwo jest za wysokie. Z przebiegu gry były to równorzędne drużyny. Pierwsza połowa bardzo wyrównana i gdyby nam się nie udało, to mogło być tak jak w poprzednim meczu u siebie, kiedy przegraliśmy spotkanie, ale nasza niefrasobliwość w grze obronnej nie została tym razem skarcona. Mamy tutaj dużo do nadrobienia i będziemy nad tym musieli mocno popracować, bo nie może to tak wyglądać, że goście stwarzają co rusz jakieś niebezpieczne sytuacje pod naszą bramką. W drugiej połowie bramka, którą zdobyliśmy otworzyła wynik i później wiadomo, że goście chcieli zdobyć gola i było nam łatwiej grać. Mogliśmy tych bramek, przy dużym szczęściu, jeszcze strzelić jedną lub dwie, ale też mogliśmy stracić. Twierdzę, że mecz był bardzo wyrównany i to zwycięstwo, choć okazałe, to nie w pełni na nie zasłużyliśmy. Na pewno tak dobrze, że aż na 3:0 nie graliśmy - skomentował spotkanie trener Mariusz Bekas.
Kolejny mecz na własnym stadionie biało-czerwoni rozegrają wyjątkowo już za tydzień. Przeciwnikiem ŁKS-u w tym spotkaniu będzie Orzeł Kolno i będzie to awansem rozegrane pierwsze spotkanie rundy wiosennej.
ŁKS 1926 Łomża - Sokół Ostróda 3:0 (0:0)
Bramki: Mateusz Laskowski 54, Marcin Truszkowski 66, 70
ŁKS: Rakowiecki - Tarnowski, Malinowski, Cychol (80 Święćkowski), Bernatowicz, Rydzewski, Grzybowski, Drągowski (13 Laskowski), Mleczek (73 Urban), Olesiński (84 Gałązka), Truszkowski
Sokół: Sikora - Miłkowski (79 Śnieżawski T.), Rzeźnikiewicz, Podchorodecki, Sędrowski, Mianecki, Szostek (90 Radziwon), Narojczyk (69 Mazik), Biedrzycki, Szymański, Śnieżawski M.