Mimo pechowego początku w meczu z Concordią Elbląg, ŁKS zainkasował po raz pierwszy w tym sezonie komplet punktów. Bilans pecha i szczęścia w tym spotkaniu okazał się korzystny dla biało-czerwonych, którzy swoją grą potwierdzili, że szczęście sprzyja lepszym.
Do Elbląga ŁKS pojechał mając na koncie jeden punkt wywalczony w dwóch spotkaniach. Mimo, że rywalem podopiecznych trenera Roberta Speichlera miał być kolejny spadkowicz z II ligi, łomżyńska drużyna nie zamierzała poddawać się bez walki. Przeciwnie - założeniem na ten mecz było zwycięstwo.
Plany biało-czerwonych mogły jednak zostać mocno skomplikowane już w pierwszej minucie gry. Wówczas to, w pierwszej akcji meczu rozpoczętej przez Concordię ze środka boiska, w polu karnym ŁKS-u sfaulowany został Radosław Bukacki. Rzut karny na gola chciał zamienić Grzegorz Miecznik jednak chcieć, nie zawsze znaczy móc. Zawodnik Concordii uderzył bardzo słabo - w środek bramki, lekko, na wysokości około pół metra nad ziemią. Adrian Jędraszczak, który rzucił się w prawą stronę zdołał jednak odbić piłkę nogami i to w tym momencie po raz pierwszy początkowy pech zamienił się w szczęście. Oczywiście przy wydatnej pomocy łomżyńskiego bramkarza.
Po tym, jak gospodarze nie zdołali wykorzystać znakomitej okazji do ustawienia sobie meczu już od samego początku, inicjatywę przejął ŁKS. Gra biało-czerwonych mogła się podobać. Ełkaesiacy grali piłką wymieniając dużo podań i próbowali konstruować akcje zaczepne. Wyraźnie widać było większą kulturę gry po ich stronie w odróżnieniu od elblążan, których gra sprowadzała się do długiego podania do przodu i próby opanowania tak zagranej piłki w sąsiedztwie pola karnego gości. Obrońcy ŁKS-u bez większych problemów radzili sobie z tym stylem gry, a ponieważ ŁKS nie za bardzo miał kim straszyć w ofensywie, to i strzałów na obie bramki było jak na lekarstwo. Dopiero w 27 minucie uderzeniem z ostrego kąta Przemysława Matłokę próbował zaskoczyć Mariusz Baranowski. Piłka jednak minęła dalszy słupek bramki o kilkadziesiąt centymetrów.
Opisany wyżej sposób gry obu drużyn nie ulegał zmianie, aż nadeszła 35 minuta i Concordia przeprowadziła akcję lewą stroną. Bukacki, który znalazł się z piłką na wysokości pola karnego zagrał piłkę wzdłuż niego, a pierwszy do futbolówki dopadł Jinja An. Japończyk uderzył z pierwszej piłki i wyprowadził swój zespół na prowadzenie.
Po stracie gola ŁKS rzucił się do ataku, by jak najszybciej wyrównać stan rywalizacji. Okazja nadarzyła się tuż przed przerwą, kiedy to po błędzie jednego z elbląskich obrońców w doskonałej sytuacji znalazł się Daniel Lemański. Wracający po kontuzji łomżyński napastnik z kilku metrów nie trafił jednak w bramkę przenosząc piłkę nad poprzeczką i po chwili sędzia odgwizdał koniec pierwszej części meczu. ŁKS nie oddał w niej ani jednego celnego strzału, a Concordia trafiła w bramkę dwukrotnie, z czego raz z rzutu karnego i zdobyła jedną bramkę.
Na drugą połowę biało-czerwoni wyszli bardzo zmobilizowani. Świadomi tego, że są w tym meczu lepszą drużyną, musieli to jeszcze potwierdzić strzelając gole. Mimo ciekawie konstruowanych akcji ełkaesiacy wciąż nie byli w stanie oddać celnego strzału. Dopiero w 64 minucie w polu karnym gospodarzy przewrócony został Baranowski, a sędzia bez chwili zastanowienia gwizdnął i wskazał na 11 metr. Karnego, bardzo pewnie, podcinką w swoim stylu, wykorzystał Speichler doprowadzając do remisu.
W 75 minucie miała miejsce sytuacja, która mogła zaważyć na losach spotkania. Po raz kolejny odezwał się pech ełkaesiaków, który spowodował, że mający już na koncie żółtą kartkę Kamil Stankiewicz, za taktyczny faul obejrzał drugi taki kartonik i w konsekwencji musiał opuścić plac gry. ŁKS był zmuszony kończyć ten mecz w dziesiątkę, co nie było sytuacją korzystną dla biało-czerwonych. Tu jednak zadziałał wspomniany w tytule trenerski nos Speichlera, który dał sygnał w kierunku ławki, by przeprowadzić zmianę. Za Lemańskiego w 87 minucie wszedł Marcin Świderski i dwie minuty później to właśnie młody wychowanek ŁKS-u dostał piłkę przed polem karnym. Strzał "Świderka" z dystansu był dość mocny, pomogło też szczęście w postaci rykoszetu i na minutę przed regulaminowym końcem meczu ŁKS wyszedł na prowadzenie. Przez pozostałą minutę i doliczone przez sędziego dodatkowe trzy nic się już nie zmieniło i ŁKS wywiózł z Elbląga upragnione trzy punkty.
- Wiedzieliśmy jak gra Concordia i obraliśmy taką dość rozsądną taktykę, patrząc na tych zawodników, których mamy oczywiście, bo nie mieliśmy zbyt dużo zawodników na dzisiejsze spotkanie. Piłkarsko było widać różnicę między nami a zespołem z Elbląga. Mimo, że straciliśmy zawodnika za drugą żółtą kartkę, to i tak dominowaliśmy na boisku. Chwała chłopakom, że się zmobilizowali, mimo iż przyjechaliśmy tutaj w bardzo okrojonym składzie. Myślę, że ta kadra wkrótce się wzmocni, jak zaczną wracać zawodnicy po kontuzjach. Przykładem Mariusz Baranowski, u którego było widać dzisiaj duży głód piłki - podsumował spotkanie Robert Speichler.
Concordia Elbląg - ŁKS 1926 Łomża 1:2 (1:0)
Bramki: 35" An – 65" Speichler (k), 89" Świderski
Concordia: Matłoka – Lepczak, Miecznik, Bukacki, Naoki, Wojciechowski, Tomczuk, Szczepański, Pelc, An, Drozdowski
Rezerwowi: Sagan, Załucki, Glockner
ŁKS 1926: Jędraszczak – Kacprzyk, Villagomez, Stankiewicz, Sanni, Jpina, Malinowski, Speichler, Baranowski, Lemański, Rodier
Rezerwowi: Kowalski, Świderski, Kamienowski, Evans, Brzozowski