- Niech ktokolwiek przedstawi dowody mojej działalności w PRON - denerwuje się poseł Lech Kołakowski z PiS. - Takich dowodów nie ma, zaś publikacja w "Gazecie Współczesnej" to atak konkurencji politycznej, obawiającej się, że mogę wygrać wybory i zostać prezydentem Łomży- komentuje poseł.
Zdaniem Kołakowskiego, jego wizerunek oraz podpisy zostały wykorzystane przez kierownictwo PRON.
W latach osiemdziesiątych poseł działał w Chrześcijańskim Stowarzyszeniu Społecznym, gdzie, jak wyjaśnia, zajmował się organizacją pielgrzymek do miejsc kultu w Polsce, oraz przygotowaniem pielgrzymek Ojca Świętego Jana Pawła II.
- To nie moja wina, że krajowe kierownictwo stowarzyszenia postanowiło przyłączyć się do PRON-u. Mój wizerunek został w ten sposób wykorzystany- mówi poseł.
Na pytanie, skąd na protokołach posiedzeń organizacji znalazły się jego podpisy, Kołakowski argumentuje, że wchodząc na obrady czy spotkanie, zazwyczaj podpisuje się listę obecności. Te, które on podpisał, zostały później wykorzystane.
Poseł twierdzi, że jako parlamentarzysta przeszedł postępowanie lustracyjne, które nie wykazało żadnych dowodów jego współpracy ze służbami PRL.Mimo wszystko nie chce domagać się sprostowania informacji sprzed kilkudziesięciu lat i uporządkowania danych historycznych, bo jak ocenia "to dawne czasy, a ja nie mam sobie nic do zarzucenia".