Do naszej redakcji trafił artykuł autorstwa Jerzego Jankowskiego, nauczyciela z 33-letnim stażem, który w oparciu o swoje wieloletnie doświadczenie dzieli się spostrzeżeniami na temat stanu edukacji w Polsce. Jankowski nie unika trudnych tematów i w swoim tekście zwraca uwagę na poważne problemy, które od lat pogłębiają się w systemie oświaty. Przekonuje, że wyzwania stojące przed polską szkołą to nie tylko kwestia polityki, ale problem cywilizacyjny o dalekosiężnych skutkach. Zapraszamy do lektury jego szczerej i przenikliwej analizy.
Powiem wam jak jest w szkołach
Powiem, bo wiem. Właśnie minęły 33 lata od kiedy zacząłem uczyć. Mam wielu znajomych nauczycieli, dyrektorów szkół, a także przeróżnych psychologów, pedagogów, osób wspomagających proces nauczania. Dotyczy to i podstawówek, i szkół średnich, i dawnych gimnazjów, te osoby są z różnych województw (np. kontakty ze studiów). Krótko mówiąc, wiem co piszę.
Obserwuję proces zmian
Jestem w systemie edukacji od dawna i uważam, że od około 25 lat jest on zmieniany w złą stronę. Nie chodzi tu raczej o złą wolę czy celowe psucie, raczej mamy do czynienia z brakiem dobrego pomysłu, uszanowania tradycji, i z nieprzemyślanymi eksperymentami, a także lekceważeniem edukacji przez polityków. I daleki jestem od samej polityki, bo to jest zdecydowanie istotniejszy problem, można rzec cywilizacyjny i strategiczny. W tej chwili psucie polskiej oświaty jest już na etapie sprzężenia zwrotnego tzn. ludzie, którzy są owocem od dawna psutej edukacji, są tymi, którzy... teraz decydują i psują ją dalej. To trochę tak samo jak z czytaniem – jak ludzie, którzy nie czytają praktycznie nic, mają nauczyć swoje dzieci, że czytanie jest potrzebne i ma sens? Jak w domu nie ma książek, rodzice nie czytają, to jak dzieciak ma czytać, rozwijać się, mieć zainteresowania? Nie ma wzorców.
W polskiej oświacie jest źle
Tak uważam. Poziom wiedzy u uczniów drastycznie spada, umiejętności są coraz mniejsze (oprócz języków obcych), przygotowanie do praktycznego życia w społeczeństwie jest coraz słabsze, brak wiedzy nie pozwala na swobodne poruszanie się w rzeczywistości. Oczywiście, nie jest to artykuł naukowy, gdzie będziemy teraz rzucać procentami, staninami, medianami i innymi wskaźnikami, których używają urzędnicy wszelkich szczebli - od dyrektorów po ministrów - próbując zaczarować rzeczywistość i pokazać, że „jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej”. Nie jest.
Dużym błędem było utworzenie gimnazjów
Utworzono je ćwierć wieku temu. Spowodowało to przejście z systemu 3+5+4 (8+4) na system 3+3+3+3 (6+3+3). Dzieci w szkołach - oprócz tego, że zdobywają wiedzę i umiejętności - przechodzą też procesy społeczne i psychologiczne. Zmiana co trzy lata grupy rówieśniczej rozbija emocje dzieci, pozbawia bliskich znajomości i przyjaciół. Powstanie gimnazjów spowodowało, że w miastach gdzie było przykładowo 10 podstawówek zrobiono ich siedem i trzy gimnazja. Dzieci w trudnym wieku 13-16 lat nagle trafiały do wielkich gimnazjów, gdzie było czasem po dziesięć i więcej równoległych klas. Nauczyciele nie znali tej młodzieży, nie było utartych hierarchii i zaczęły się patologie. Na wsiach ominięto to, tworząc zespoły szkół, czyli de facto podstawówka stała się 9-letnia (6+3). W miastach musiało minąć naście lat zanim zaczęto robić to samo. Bardzo narzekali nauczyciele liceów, bo nagle liceum im się skróciło o rok i bardzo to zachwiało proces nauczania w kontekście matur. Zespoły szkół były ominięciem istnienia gimnazjów. Zresztą potem, jak już się te gimnazja jakoś zakorzeniły, to je… skasowano. Z punktu widzenia ciągłości systemu – tragedia. Kolejna tragedia.
Dzieci nie mają zainteresowań
Ponadto rozwój środków masowego przekazu opartych o internet spowodował dramatyczne zmiany w sposobie funkcjonowania i myślenia młodych ludzi. Dzieciaki - czyli uczniowie, siedzą na komórkach po 5-7 godzin dziennie, ale służy to praktycznie jedynie kontaktowi i rozrywce. Gdy zadaje się uczniom pytanie „czym się interesujesz” znaczna część nie rozumie pytania. Najczęstszą odpowiedzią jest: „komputerem”, „grami” albo „internetem”. Są oczywiście wyjątki, szacuję je na jakieś 30%. To oczywiście uderza w stan wiedzy. Niestety dzieciom wmawia się, w szkołach też, że „nie ma sensu uczyć się na pamięć”, „ważne są umiejętności, a nie wiedza encyklopedyczna”. Tylko, że nie mówi się dzieciom i młodzieży, że żeby wnioskować, oceniać, analizować, projektować, przetwarzać wiedzę, to trzeba mieć CO przetwarzać. „Wszystko jest w telefonie”, tylko jeszcze trzeba wpaść na pomysł poszukania w tym telefonie. Wiedza, to jest to co pamiętamy i możemy tego użyć. Myślenie, zwłaszcza twórcze, to coś więcej niż poszukanie w Wikipedii. System produkuje ludzi niewiele wiedzących.
Kod kulturowy został zerwany
W poprzednim akapicie miałem napisać, że z pustego i Salomon nie naleje, ale w obecnych czasach nie bardzo to ma sens. Miałem niedawno okazję być wśród nastolatków, wśród około dwudziestki 14-15 latków nikt nie kojarzył nazwy Oświęcim. Dane zresztą potwierdzają, że 50-60% Polaków nie czyta nic, pozostali na ogół 1-2 książki rocznie. Drugi przykład to kultowy film „Pulp Fiction”. Na zajęciach w drugiej klasie liceum żaden z uczniów nie słyszał o tym filmie. Dla mnie oba podane przykłady (są z pierwszej ręki) świadczą o niewydolności systemu edukacyjnego, który nie przygotowuje młodych ludzi do świadomego uczestnictwa wżyciu społecznym, kulturalnym, politycznym. Zresztą widzimy skutki podczas kampanii wyborczych, gdy pytanie o jakikolwiek program budzi salwy śmiechu. Głównie wśród polityków. Przecież wiedzą z kim mają do czynienia, sami do tego doprowadzili. Kod kulturowy to jest wspólny mianownik cywilizacji. U nas już go nie ma.
Co złego wydarzyło się?
…że jest tak jak jest. Podam skrótowo z czym mieliśmy i mamy do czynienia. Były takie lata, że wystawienie oceny niedostatecznej i pozostawienie ucznia na drugi rok w klasach I-III było uzależnione od... rodziców ucznia. Skutek? Uczniowie nie potrafiący pisać i czytać docierali do klas czwartych. System trwał, idea „po co takiego zostawiać, niech jak najszybciej pójdzie z podstawówki” doprowadziła do tego, że obecnie tacy uczniowie kończą klasy VIII i są w szkołach średnich, często są już analfabetami wtórnymi. Dlaczego nauczyciele tak robili? Bo była presja ministerstwa, dyrekcji szkół, kuratoriów, organów prowadzących. Było kilka takich lat, że praktycznie drugoroczność nie istniała. To wszystko ma skutki, bo logicznie myślący młody człowiek widzi co się dzieje.
Kolejny zgubny pomysł to „odejście od ocen cyfrowych” w klasach I-III. Od wielu lat funkcjonuje stawianie „chmurek”, „słoneczek”, „parasolek” i innych piktogramów (ech, te czasy rysunków naskalnych…), bo cyfry „dzieci stresują”. Mądrze nazywa się to oceną opisową, gdzie przekazuje się same „dobre komunikaty”. Nie napiszesz „nie umie liczyć” tylko „liczy w zakresie do 20” itp. A powinien w zakresie do 100. Tylko nikt tym dzieciom nie mówi, że później gdy pójdą do pracy, wejdą w dorosłe życie, stres stanie się codziennym elementem rzeczywistości. A dzieciaki nie będą potrafiły sobie z nim radzić. I tak właśnie już jest. A skutek? A skutek jest taki, że teraz jest lament, narzekamy na wzrost samobójstw, na alienację młodzieży, na lawinowo rosnące uzależnienia. Tylko jak młody człowiek ma sobie radzić ze stresem, gdy w szkole było BEZSTRESOWO? Przy okazji ubezwłasnowalnia się rodziców, którzy boją się już krzyknąć na swoje dziecko. Bo to ponoć przemoc.
Kolejny dramat, to uleganie presji i coraz częściej pojawiające się pomysły odejścia w ogóle od stawiania ocen. Skutek będzie taki, że za 10 lat połowa młodzieży to będą de facto analfabeci (już nie wtórni). Dlaczego? Bo ci, którzy mają niedouczonych albo zapracowanych rodziców nie będą na bieżąco pilnowani. Ockną się w VIII klasie i stwierdzą, że... przeoczyli zdobywanie wiedzy. Pandemia pokazała co się dzieje z uczeniem się, gdy nie ma dostatecznej kontroli i wymagań. Wprowadzanie chorych idei odbywa się kosztem uczniów. Współczesny pomysł na oświatę jest chorą ideą, chorą, bo nie uwzględnia natury człowieka, pokus życia codziennego i wyrachowania ludzi.
Testomania
To kolejny zły proces, który wszedł na stałe do szkół. Wszystko trzeba przebadać testami, żeby móc porównać. A ja mam pytanie: po co i komu potrzebne jest porównywanie ucznia ze Szczecina, Bieszczad i Warszawy? No, może kilka doktoratów napisze się z tego, ale tak naprawdę to uważam, że trzeba przywrócić egzaminy do szkół średnich i na studia, skończyć z uczeniem pod testy i z samymi testami też. Nic dobrego to nie daje, za to sporo złego. Na przykład ukierunkowuje sposób myślenia i potem uczeń nie umie budować zdań, rozmawiać, nie wie czym jest aluzja, cynizm, dygresja, a nawet czym są „przekomarzanki”. Uczenie „pod testy” powoduje coraz mniejszą potrzebę pisania, tworzenia tekstu. „Zaznacz”, „wybierz”, „prawda czy fałsz”, „podkreśl”. Broń Boże nie „opisz”, „przeanalizuj”, „porównaj”, bo „jak to sprawdzić?”, „jak to punktować?”. Doszło do takich idiotyzmów jak „napisz 250 słów” na jakiś temat. Albo „opisz w pięciu zdaniach”. To jest produkowanie kalek intelektualnych.
Programy są przeładowane
Kolejny potężny błąd, to refleksja, że „programy są przeładowane”, więc je odchudzajmy w nieskończoność. Bzdura. W tej chwili uczniowie umieją maksymalnie połowę tego co 25 lat temu. Dorośli, którzy są produktem tego systemu nieuctwa mają już dzieci w szkołach i psują system dalej. Jak? Na przykład wymuszając na nauczycielach odchodzenie od wymagań; roszczeniowość wobec dyrektorów szkół i wręcz szantaż, by nauczyciele wymagający rezygnowali z takiego podejścia; wchodzenie w kompetencje nauczycieli poszczególnych przedmiotów. Podręczniki są coraz bardziej kolorowe i zawierają... coraz mniej wiedzy. Idea jest taka, że „wiedza ogólna” jest już niepotrzebna i „trzeba specjalizacji”. Tylko, że przez to ludzie wiedzą coraz mniej, nie rozumieją świata i procesów tam zachodzących, nie rozumieją rzeczywistości. Są badania polegające na sprawdzaniu ile ludzie rozumieją z gazet, programów informacyjnych w telewizji. Niewiele, dramatycznie mało. Informacje na portalach internetowych coraz bardziej wyglądają jakby były produkowane dla idiotów.
Nauczyciele są osaczeni
Atmosfera w szkołach jest zła. Nauczyciele coraz mniej mogą. Jedni odliczają do emerytury, inni po studiach przychodzą i po roku uciekają, jeszcze inni np. językowcy pracują, bo „szkoła płaci ZUS”. Wymagania wobec uczniów są niemile widziane w ministerstwie i kuratoriach, a z drugiej strony rodzice uczniów często winią za całe zło nauczycieli. „Mój Patryś?, to niemożliwe żeby on tak powiedział”, „moja Kinia nie umiała?, a w domu wszystko umiała”. Nauczyciele są obecnie na końcu łańcucha pokarmowego, a niezbyt wysokie zarobki powodują brak należnego szacunku i autorytetu. W cywilizacji grilla i pępków na wierzchu nauczyciel próbujący nauczyć coś więcej niż alfabet i mnożenie do dwudziestu jest niemile widziany. Jest jak wyrzut sumienia.
Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, oceniam, że jakieś 20-30% dorosłych jest świadomych tego co się dzieje, przez co się tak dzieje i do czego to prowadzi. Ale 70-80% to więcej. Jeśli pewne procesy nie zostaną odwrócone, to będzie tylko gorzej, bo ten pociąg już się rozpędził. Kod kulturowy jest zerwany, dzieci nie mają ochoty się uczyć, ich rodzice nie potrafią ich do nauki zachęcić, politycy mają w gruncie rzeczy to gdzieś, decydenci zajmują się eksperymentami od ściany do ściany.
Potem skutek jest taki, że niektórzy znają pięć języków obcych, tylko że... w żadnym nie mają nic do powiedzenia.
Jerzy Jankowski