Granica pomiędzy prewencją a nękaniem obywateli przez Policję może być dość płynna. Czy łomżyńska Policja ją przekroczyła? Zdaniem uczestników nieformalnego zlotu miłośników motoryzacji, zdecydowanie tak! Piątkowe popołudnie, ze spotkania towarzyskiego przy grillu, zamieniło się w koszmar.
Skrzyknęli się "na szybko" korzystając z facebookowego profilu "Jazda nocą po Łomży bez celu". Mieli zamiar zebrać się na Placu Niepodległości, by razem przejechać do Czerwonego Boru i urządzić sobie majówkę z grillem, posiedzieć, porozmawiać, napić się piwa.
- Oczywiście tylko osoby, które nie kierowały samochodami - podkreśla jeden z uczestników niedoszłej imprezy.
Dlaczego niedoszłej? Bo we wszystko wmieszała się łomżyńska drogówka, która uznała, że grupa znajomych z grillami w bagażnikach stanowi zagrożenie i postanowiła zadziałać "prewencyjnie". Na czym ta "prewencja" polegała? Zaalarmowani udaliśmy się na Plac Niepodległości, by na własne oczy zaobserwować działania policjantów, a nie opierać się jedynie na relacjach osób zainteresowanych. Co zobaczyliśmy?
Kiedy kilka minut po 15.00 dotarliśmy na miejsce, stało tam 12 samochodów, a przy nich grupa przeważnie młodych, dwudziestokilkuletnich, wyglądających, ubranych i zachowujących się zupełnie normalnie ludzi. Po prostu stali i rozmawiali oczekując na kolejnych uczestników, którzy stopniowo docierali na miejsce zbiórki. Na placu jednak, oprócz nich, pojawiły się także radiowozy policyjne. Policjanci zaczęli legitymować wybrane przez siebie (nie wiemy na podstawie jakich kryteriów?) osoby spośród obecnych. Atmosfera zaczęła się robić nerwowa, bo nikt nie wiedział, o co chodzi. Część osób postanowiła w końcu jednak zrezygnować z wyprawy na grilla i wrócić spokojnie do domów. Okazało się, że to nie takie proste, a przynajmniej nie od razu. Policjanci zaczęli bowiem zatrzymywać i kontrolować kolejne samochody opuszczające Plac Niepodległości.
- Trzepali wszystkich równo, a pięciu kolegów za drobiazgi straciło dowody rejestracyjne. Na przykład za to, że oprócz seryjnych pasów, w które był zresztą zapięty, kolega miał dodatkowo zamontowane inne, tzw. szelki. Posiadał zresztą dokument dopuszczający je do użytku, a zabrakło jedynie dokumentu poświadczającego właściwy montaż. Tyle, że on miał zapięte pasy seryjne - tłumaczy pomysłodawca piątkowego spotkania.
Według mężczyzny, Policja już na co najmniej godzinę przez spotkaniem jeździła po Łomży i zatrzymywała wytypowane przez siebie pojazdy, szukając uczestników "zlotu". Po tym, jak opuścili oni Plac Niepodległości, większość wróciła do domów. Kilku postanowiło jednak "przebić się" do Czerwonego Boru i zrealizować zaplanowane spotkanie przy grillu. Najpierw przejechali na stację paliw przy ul. Zawadzkiej, gdzie dotarło do nich jeszcze kilka samochodów, a następnie chcieli pojechać jednak na zaplanowane miejsce. Niestety, to również okazało się niemożliwe.
- Dosłownie co minutę, albo częściej, na stację wjeżdżały radiowozy policyjne i tylko czekały, aż ktoś ruszy się z miejsca, żeby go zatrzymać do kontroli - opowiada nasz rozmówca.
Jak podkreśliliśmy, byliśmy na miejscu i widzieliśmy akcję Policji. Bo to nie były rutynowe działania, tylko akcja specjalnie wymierzona w spokojne i niewinne spotkanie. Nie znamy powodów takiego zachowania Policji i do momentu publikacji tego artykułu nie udało nam się ich ustalić. Mamy nadzieję, że w poniedziałek będzie to możliwe i wówczas będziemy mogli opublikować stanowisko Policji w tej sprawie. Nasze wrażenie jednak pokrywa się z odczuciami uczestników, którzy odebrali to wszystko jak nękanie, a niektórzy twierdzą, że poczuli się potraktowani jak potencjalni terroryści! Pytanie tylko w jaki sposób mieli być zagrożeniem dla kogokolwiek, mając w bagażnikach grille i trochę kiełbasy?