Oglądając dzisiejsze spotkanie ŁKS-u z Hetmanem Białystok, pluć należy sobie w brodę, że mecz ten nie odbył się w Białymstoku, tak jak początkowo było zaplanowane. Wczorajsza chłodna pogoda i niska temperatura, która towarzyszyła kibicom podczas tego spotkania, jest idealną alegorią tego, co zobaczyliśmy w wykonaniu obu drużyn na Stadionie Miejskim przy ul. Zjazd.
Na coś, co zwiększy nasz puls, musieliśmy czekać aż do 28 minuty. Wtedy to bardzo groźny strzał, zmierzający w okno naszej bramki, wybronił Bartosz Długołęcki. Naszą pierwszą poważną sytuacją była bardzo dobra szansa Filipa Dojlidy w 38 minucie, którego tym razem powstrzymał bramkarz Hetmana, zabrakło centymetrów do strzelenia bramki.
W sytuacjach po jeden, w bramkach po zero. Właśnie przy takich statystykach zawodnicy obu drużyn schodzili do szatni po pierwszych 45 minutach gry. Sędzia zlitował się nad kibicami, nie doliczając dodatkowych minut do regulaminowego czasu gry.
Dużo lepiej, oczywiście w porównaniu do pierwszej połowy, było w drugiej części spotkania. W 54 minucie to fatalny błąd bramkarza gości i trzeźwy przerzut Wiktora Walczaka pozwoliły Kozłowskiemu na ustrzelenie jedynej bramki w tym spotkaniu.
Dalsza część meczu to wzajemne kontry obu drużyn, raz to duet Kozłowski-Dojlida spalił stuprocentową sytuację, a chwilę później to nasz bramkarz musiał ratować nasz zespół, w sytuacji jeden na jeden, przed stratą bramki.
W końcówce tego spotkania niepokojące były indywidualne decyzje naszych zawodników, przez które pozbawiliśmy się przynajmniej dwóch bramek, jednak Hetman też miał swoje sytuacje, więc możemy uznać, że wyszło na zero.
Koniec końców należy uszanować wynik 1:0, na który nasz zespół zasłużył, dopisać trzy punkty do tabeli i dalej walczyć o jak najwyższą lokatę w IV lidze podlaskiej.
Hubert Norowski