Właściciele sklepików szkolnych mają duży problem. Od początku września nie mogą sprzedawać niezdrowej żywności. Część z nich już zamknęła, a część prawdopodobnie wkrótce zamknie prowadzone przez siebie sklepiki. A co na to uczniowie? - Radzimy sobie - mówią.
Odwiedziliśmy wczoraj kilka łomżyńskich szkół żeby sprawdzić, jak w praktyce wygląda realizacja zapisów ustawy zabraniającej sprzedaży w nich "śmieciowej żywności" i zadać pytanie o sens ekonomiczny dalszego prowadzenia sklepików.
Część właścicieli szkolnych sklepików, którzy nie zrezygnowali lecz postanowili podjąć próbę funkcjonowania w nowych warunkach i po groźbą grzywny dostosowali się do wymogów ustawy, już po niespełna dwóch tygodniach od rozpoczęcia roku szkolnego zastanawia się nad sensem dalszego ich prowadzenia. Obroty spadły nawet o 90%, bo uczniowie z jednej strony nie chcą kupować jedzenia, na które nie mają chęci, a z drugiej żywność, która może być sprzedawana w sklepikach jest o wiele droższa i dzieci na nią nie stać.
Jak to często bywa, tak i w tym przypadku prawo sobie, a życie sobie. Co robią w tej sytuacji młodzi klienci? Kupują w zwykłym sklepie to, czego nie mogą dostać w szkolnym i dalej jedzą to samo, co dotychczas. Czy można zatem mówić o skuteczności wprowadzonej w życie ustawy? Zdarzają się nawet sytuacje, że uczniowie podejmują protesty przeciwko nowej ustawie. Tak stało się w jednym z liceów w Gorzowie Wielkopolskim, gdzie młodzież wysuwa bardzo logiczny argument.
- Część z nas jest pełnoletnia. Możemy np. mieć prawo jazdy i jeździć samochodem czy kupować różnego rodzaju używki, a w sklepiku nie możemy kupić zwykłej drożdżówki. To śmieszne - mówią i chyba mają dużo racji!
Wczoraj odwiedziliśmy z kamerą kilka łomżyńskich szkół, w których sprawdziliśmy, jak wygląda to w naszym mieście. Zobaczcie sami!