To były sekundy. Najpierw dym, a chwilę później potężne płomienie, które zaczęły lizać ramy okienne w bloku przy ul. Księcia Janusza I 7. Bilans wtorkowego pożaru w Łomży to dwie osoby w szpitalu i zniszczona instalacja grzewcza, ale gdyby nie odwaga jednej z mieszkanek, moglibyśmy pisać o tragedii.
Do zdarzenia doszło we wtarek przed godziną 23.
Wszystko zaczęło się w kuchni. Ogień błyskawicznie „złapał” wyposażenie i zaczął odcinać drogę ucieczki dwóm mężczyznom w wieku około 70 lat, którzy przebywali w środku. Mieszkańcy sąsiednich bloków, którzy wybiegli przed domy, wspominają, że widok był przerażający – z okien buchały żywe języki ognia, a czarny dym było widać z daleka.
W tym całym chaosie kluczowa okazała się postawa jednej z sąsiadek. Kobieta nie ograniczyła się tylko do wykonania telefonu na numer alarmowy. Zanim na osiedle wjechały pierwsze wozy strażackie, ruszyła na pomoc. Ryzykując własnym zdrowiem, zdołała wyciągnąć z zadymionego mieszkania pierwszego z lokatorów.
Mężczyzna z oparzeniami dróg oddechowych trafił pod opiekę lekarzy. Drugiego seniora, który utknął w płonącym lokalu, ewakuowali strażacy tuż po przyjeździe. Na miejscu pracowały łącznie cztery jednostki – ratownicy przyznają otwarcie: gdyby nie błyskawiczna reakcja sąsiadki i jej telefon, ogień prawdopodobnie rzoprzestrzenił by się bardziej.
Lokatorzy klatki, którzy w pośpiechu musieli opuścić swoje domy, dostali już zielone światło na powrót. Nastroje są jednak dalekie od dobrych. Pożar był na tyle silny, że uszkodził pion ciepłowniczy
Mieszkańcy mogą wrócić do siebie, ale czeka ich ciężka noc. W wyniku pożaru pękła rura z ciepłem, więc w całym pionie nie ma obecnie ogrzewania.