Czy policjanci przekroczyli swoje uprawnienia? Czy działali brutalnie? Co zawinili młodzi ludzie? Wracamy do naszej interwencji z marca tego roku dotyczącej wydarzeń, które miały miejsce ponad miesiąc wcześniej. Znamy już rozstrzygnięcia, ale też kilka faktów, o których wówczas nie mieliśmy pojęcia!
Na początek krótkie przypomnienie sprawy, którą opisaliśmy 24 marca w artykule Wytaczają ciężkie działa, by ustrzelić muchę! Młodych brutalne spotkanie z policją?
Kilkunastu młodych chłopaków głośno i wesoło wracało wieczorem do domów. Ktoś wezwał policjantów, którzy interweniowali co najmniej zbyt "stanowczo". Trzech młodych ludzi, którzy nie próbowali uciekać, zostało zatrzymanych. Postawiono im zarzuty zakłócania porządku, ale wcześniej rzucono na ziemię i zakuto w kajdanki. Wszyscy trzej stanęli przed sądem... Obiecaliśmy wrócić do tematu i opisać, czym się to skończyło. właśnie spełniamy tę obietnicę.
9 maja przed Sądem Rodzinnym i Nieletnich w Łomży stanęło trzech 17-letnich chłopaków, zatrzymanych feralnego wieczoru przez policjantów. Jak opowiada ojciec jednego z nich, w trakcie rozprawy nie pojawiły się żadne dowody wskazujące na to, że rzeczywiście zakłócali porządek. Nie było mowy o żadnej osobie poszkodowanej. Mimo to sąd nie uznał ich za niewinnych lecz postanowił nałożyć najniższą z możliwych kar za takie wykroczenie - upomnienie.
- Nie zgadzam się z tym, ale nie zamierzam odwoływać się od postanowienia sądu ze względu na syna, który przez to wszystko o mało nie nabawił się nerwicy. Ten długotrwały stres i nerwy nie działają na niego dobrze. Szkoda też jego czasu na kolejne odwiedziny w sądzie, kolejne przesłuchania itd. On ma się uczyć i trenować w spokoju - mówi pan Tomasz. Chyba każdy z rodziców jest w stanie zrozumieć taką decyzję.
Już po publikacji naszego artykułu okazało się, że interwencja policjantów to nie było tylko rzucenie na ziemię i zakucie w kajdanki. Policjanci uzyli również wobec nie stawiających oporu i obezwładnionych nastolatków pałek służbowych. Szczególnie celowało w tym dwoje funkcjonariuszy: kobieta i mężczyzna.
- Nie pałam żądzą odwetu i nie życzę nikomu źle, ale tym dwojgu życzę, by kiedyś znaleźli się na moim miejscu. Policjanci także przecież mają dzieci i nigdy nie mogą być pewni, czy ich dzieci nie trafią gdzieś, w jakimś mieście, na podobnych policjantów jak oni sami, którzy potraktują ich dzieci w podobny sposób. Może wtedy do nich dotrze, co muszą czuć rodzice w takiej sytuacji. Bo najgorsza jest ta bezsilność rodzica kiedy dowiaduje się, że jego dziecku dzieje się krzywda, choć niczemu nie zawiniło - tłumaczy rozżalony mężczyzna.
Już w trakcie rozprawy w sądzie wyszło na jaw jeszcze coś. Otóż okazało się, że jeden z trzech chłopaków zatrzymanych przez policjantów wcale nie był w hałaśliwie zachowującej się grupie. Po prostu przechodził w pobliżu, a ponieważ "pasował do profilu", został przez policjantów zatrzymany przy przejściu dla pieszych i potraktowany tak samo, jak pozostali dwaj. On również stanął przed sądem... Wszelkich nieprzyjemności uniknęli natomiast ci, którzy z miejsca interwencji uciekli, ponieważ policjanci zamiast próbować ich zatrzymać, skupili się na tych, którzy nie mając nic na sumieniu uciekać nie próbowali. Czego to nauczyło młodych ludzi?
Ojciec Huberta, choć się wahał, zdecydował się jednak złożyć w Prokuraturze skargę na interwencję policjantów. Okazało się jednak, że prokurator nie znalazł podstaw do wszczęcia postępowania w tej sprawie. Zdaniem prokuratora, policjanci nie przekroczyli uprawnień i działali zgodnie z przepisami. Pan Tomasz również w tym przypadku postanowił "sobie odpuścić".
- Nie jestem mściwy, ale przede wszystkim chodzi mi o syna. Rozgrzebywanie tej sprawy spowodowałoby kolejne przesłuchania, kolejne wizyty kuratora sądowego w mieszkaniu, kolejne rozmowy z sąsiadami i wywiady prowadzone w szkole. A my chcemy już tylko spokoju. W życiu jest jednak tak, że do człowieka wraca to, co on sam czyni. Mam nadzieję, że do tych dwojga policjantów też to powróci - powtarza i dodaje, że jest jeszcze jeden powód. - Żyjemy w małej społeczności. Nie chcę, żeby mój syn miał w przyszłości problemy.
Rodzice Huberta nie zmieniają zdania i wciąż uważają, że ta cała sprawa w ogóle nie powinna trafić do sądu. Według nich wystarczyło chłopaków postraszyć, przeprowadzić z nimi rozmowę w obecności rodziców i na tym sprawę zakończyć. W tak błahą sprawę zaangażowany został nie tylko aparat ścigania, ale też wymiar sprawiedliwości. Musiał się odbyć rozprawa przed sądem, który w tym czasie mógłby zajmować się czymś innym, poważniejszym. Jak w naszym tytule - z armaty do muchy.
- Na koniec tego wszystkiego chciałbym podziękować portalowi MyLomza.pl za to, że ujął się za nami i opisał tę sprawę. Nie spodziewałem się, że redakcja zainteresuje się problemem zwykłego człowieka. Nawet moi znajomi byli tym zaskoczeni - mówi pan Tomasz.
Panie Tomku, od tego między innymi jesteśmy.