Wypoczynek w odległym zakątku świata wcale nie musi wiązać się z wydaniem fortuny. Łomżyński podróżnik, student warszawskiego SGH - Paweł Oleszczuk w tym roku postanowił spędzić 2 miesiące w Azji Południowo-Wschodniej. Odwiedził Tajlandię, Wietnam, Republikę Myanmaru (Birmę), Malezję oraz Indonezję (wyspy Bali, Lombok, Flores). - Zdecydowałem się na tak długą i daleką wyprawę, bo zdałem sobie sprawę, że na podróże planowane z takim rozmachem mogę w przyszłości nie mieć już czasu- opowiada Paweł.
Rzeczywiście, trochę jest tak, że najlepszy czas na podróżowanie - gdy jest mnóstwo zapału i nie brakuje odwagi, by urzeczywistnić nawet najbardziej szalony plan - to zarówno odpowiednia pora na rozpoczęcie kariery. Podróże Pawła są jednak dowodem na to, że te dwa czynniki z powodzeniem można połączyć. Przed wyjazdem odbył praktyki w międzynarodowej firmie, by zaraz po powrocie dołączyć do niej już jako pełnoetatowy pracownik. Jak twierdzi, warto było wyjechać na tak długo, bo poniesione koszty można odrobić.
Jak wynika z wyliczeń Pawła, za dwutygodniowy pobyt w Birmie zapłacimy niecałe 500 $, przy założeniu, że zatrzymujemy się w pensjonatach (ok. $10 za noc ze śniadaniem) a nie w hotelach. Oczywiście najdroższe były przeloty. Za bilety samolotowe na trasie: Warszawa- Bangkok - Kuala Lumpur - Lombok podróżnik zapłacił ok. 3600 zł. Ceny dotyczą podróży w obie strony.Trzeba pamiętać, że Republika Myanmaru to państwo, które otworzyło granicę dla przyjezdnych mniej niż 10 lat temu. Infrastruktura turystyczna w wielu miejscach dopiero powstaje. W cenę wliczone są także posiłki w restauracjach ($5 za sycący posiłek z napojem) oraz drobne przejazdy rikszą, wypożyczenia skutera na cały dzień ($7), czy wynajęcie łodzi z kapitanem ($20 doba). Dla porównania koszt dwutygodniowych wczasów we Włoszech czy Grecji w wersji last minute wynosi ok. 3400 zł. Więcej szczegółów co do cen, warunków oraz kultury znajdziemy na blogu prowadzonym przez Pawła: zameryki.wordpress.com, który wziął nazwę od jego pierwszej podróży.
Życie codzienne mieszkańców Azji Południowo-Wschodniej przesiąknięte jest religijnością. W wietnamskich czy indonezyjskich sklepach (nawet pokroju H&M) znajdziemy kapliczki "Małego Bóstwa". Wierzący, których jest oczywiście większość - swój poranek rozpoczynają prośbą o łaski w nadchodzącym dniu. Pierwszy klient danego dnia, może liczyć na znaczny upust - sprzedawca liczy, że taki gest przyniesie szczęście i pomyślność w interesach. Również o zachodzie słońca nie może zabraknąć modlitwy. Wieczorem tamtejsi pracownicy i właściciele sklepów obchodzą swoje miejsce pracy i okadzają je wonnościami, dziękując za owocny dzień.
Dużą rolę w życiu codziennym Birmańczyków odgrywa także tradycja. Świetnym przykładem obrazującym tamtejsze zwyczaje jest historia młodego krawca, który wyemigrował do Tajlandii w poszukiwaniu lepszego życia. Po ślubie swojej siostry, która dotychczas mieszkała w domu rodzinnym - zgodnie z tamtejszymi zwyczajami - obowiązki związanymi z opieką nad rodzicami musiał przejąć najmłodszy członek rodziny czyli nasz bohater. Co zadziwiające, mieszkający wtedy w Bangkoku krawiec nie wyobrażał sobie, że mógłby postąpić wbrew tradycji i odmówić pozostałej w kraju rodzinie. Skutkiem swojej decyzji został zmuszony wrócić do Birmy, gdzie jakość życia, które prowadził dotychczas uległa niemal całkowitej zmianie. Niestety na gorsze, ponieważ rozdźwięk między rozwojem cywilizacyjnym obu krajów jest ogromny.
Z jednej strony Tajlandia - turystyczny kraj, w którym mamy klimatyzowane centra handlowe, z drugiej Birma - państwo rządzone przez wojskową juntę, gdzie częstym krajobrazem są np. traktory jeżdżące jeszcze na drewnianych kołach. Co ciekawe, w Birmie nie istnieje pojęcie zwiedzania, czy w ogóle podróżowania aby doświadczyć czegoś nowego czy poznać nowe miasta. Większość tamtejszych mieszkańców nie była w Bagan - największym świętym miejscu w kraju słynącym z mnóstwa świątyń, pagód i klasztorów. W Królestwie Myanmar - bo tak oficjalnie o swoim państwie mówią Birmańczycy - turystyka dopiero się rozwija. Dlatego widok Europejczyka przemierzającego tamtejsze uliczki stanowi swoisty szok dla mieszkańców tego kraju. Jedną z osobliwości podróży w tamte strony jest właśnie zdziwienie malujące się na twarzach tubylców po spotkaniu turystów z Europy.
- Niejednokrotnie ktoś prosił nas, czy może nam zrobić zdjęcie - opisuje Paweł - Nie z nami, ale n a m! Często byliśmy również wytykani palcami. Pamiętam nawet jak podbiegła do nas mała dziewczynka i uszczypnęła moją dziewczynę w ramię. Pewnie, by sprawdzić, czy jesteśmy prawdziwi - dodaje z uśmiechem.
Kolejną rzeczą, która dziwi jest fakt, że mimo ogromnej biedy Birmańczycy potrafią się dzielić. Wynika to z tamtejszych wierzeń - hinduizmu. Częstym widokiem są pozostawiane "dla Buddy" dary. Wśród kadzidełek otaczających figurkę bóstwa można znaleźć również zapalonego papierosa lub ...otwartą puszkę Coca-coli. Trzeba pamiętać, że cena takiej puszki ($1) jest dla mieszkańców równowartością tego, co wiejska rodzina przeznacza na utrzymanie przez cały dzień. Ponadto, lokalne świątynie odgrywają z goła odmienną rolę niż w naszej kulturze. Poza pełnieniem funkcji miejsca kultu z powodzeniem mogą tam przenocować ci, którzy potrzebują dachu nad głową bądź turyści odwiedzający pobliską miejscowość. Mimo tak znacznych różnic kulturowych nasi podróżnicy nie mieli problemu, aby dogadać się np. z taksówkarzami, którzy mówili po angielsku.