Reklama

Żona pacjenta się skarży, pogotowie odpowiada

29/09/2015 05:59

Jedna z naszych czytelniczek poprosiła o interwencję w sprawie czynności podjętych przez ekipę pogotowia wobec jej męża. Jak twierdzi, ratownicy zachowali się niewłaściwie i ma do nich duże pretensje. Dyrektor pogotowia ma jednak zupełnie inny pogląd na tę sprawę.

Pani Aleksandra ma męża i dwoje dzieci. Pochodzą z okolic Łomży. W liście do naszej redakcji opisała ona, jak się wyraziła, "złe doświadczenia" z łomżyńskim Pogotowiem Ratunkowym, które zaczęły się nieco ponad miesiąc temu. Wówczas to mąż czytelniczki po raz pierwszy źle się poczuł i zawieziony został na pogotowie, gdzie po stwierdzeniu podwyższonego ciśnienia podano mu leki i skierowano na Izbę Przyjęć łomżyńskiego szpitala.

- Tam po badaniach podano kolejne leki i po kilku godzinach wysłano do domu. Mąż kilka dni spędził w domu, a później wrócił do pracy. Wszystko było OK - relacjonuje pani Aleksandra.

Reklama

Po raz kolejny mąż czytelniczki poczuł się źle 20 września.

- Wtedy to poczuł się gorzej, wymiotował i znów był jakby nieobecny, przysypiał przy stole w trakcie robienia jedzenia, był powolny. Przespał całą niedzielę. W poniedziałek miał wizytę u lekarza w związku z wysokim ciśnieniem, wszystko niby było OK, lekarka kazała przyjść po leki jak się będą kończyć. We wtorek mąż poszedł do pracy normalnie, po powrocie do domu, nie wysiadł z samochodu, siedział w nim jakiś nieobecny, dziwny na oczach więc wezwałyśmy z mamą pogotowie, ponieważ podejrzewałyśmy wylew (jak miesiąc temu). Przyjechała karetka z dwoma ratownikami medycznymi BEZ LEKARZA!!!! - pisze pani Aleksandra.

Reklama

Tak naprawdę pretensje naszej czytelniczki do ratowników zaczynają się w tym momencie, ponieważ podejrzewając zaburzenia psychiczne zaproponowali, że zabiorą męża na rozmowę z psychiatrą. 

- Nie brali pod uwagę tego, co mówiłam na temat wysokiego ciśnienia, że podejrzewam wylew, oni cały czas upierali się przy swoim. Po dłuższej chwili zabrali męża do szpitala, a ja od razu samochodem ruszyłam za karetką, aby tylko trafił tam gdzie trzeba, a nie na psychiatrię. W szpitalu okazało się, że panowie ratownicy prowadzą męża jednak do psychiatry, wiec się zatrzymałam, kazałam mężowi usiąść na ławce i stanowczo kazałam im zabrać nas na neurologię, bo to nie zaburzenia psychiczne, a podejrzenie wylewu. Dłuższą chwilę panowie upierali się przy swoim, nawet grozili mi policją i tym, że za takie zachowanie może grozić mi jakaś kara, ale mnie to nie obchodziło, bo zdrowe mojego męża było najważniejsze. Panowie spełnili swoje groźby i wezwali policję, bo nie pozwalałam im zrobić tego, co chcieli. Policjanci również nie mogli nic w tej sprawie zrobić, bo mąż nie był ani agresywny, ani nie stawiał oporu, a wręcz przeciwnie, siedział półprzytomny na ławce gdzie go posadziłam - opowiada dalej kobieta.

Reklama

Ja tłumaczy czytelniczka, do jej męża zeszła jednak lekarz psychiatra, która stwierdziła, że pacjenta należy rzeczywiście przetransportować na neurologiczną izbę przyjęć. Tam zrobiono podstawowe badania i wysłano go na tomografię, która według czytelniczki potwierdziła wylew.

- MĄŻ MIAŁ WYLEW I TO JUŻ DRUGI BO PIERWSZY PRZECHODZIŁ MIESIĄC WCZEŚNIEJ. Zrobiono tomografię z kontrastem i okazało się, że ma również tętniaka!!!! Od razu lekarze się zmobilizowali i odesłali męża szybko karetką do Białegostoku na neurochirurgię, bo jego stan był naprawdę zły (...) Mam nadzieję że mimo TAK OGROMNEGO ZLEKCEWAŻENIA PRZEZ RATOWNIKÓW MEDYCZNYCH OBJAWÓW WSKAZUJĄCYCH NA WYLEW A NIE ZABURZENIA PSYCHICZNE, mój mąż wróci szybko do pełni sił zarówno fizycznych jak i psychicznych - podsumowuje kobieta informując jednocześnie, że po operacji w Białymstoku stan męża uległ poprawie i zapowiadając bliżej nieokreślone wyciągnięcie konsekwencji z zachowania ratowników Pogotowia.

Reklama

Na koniec kobieta pisze jeszcze, że "chciałabym aby wspomniano anonimowo jak postępuje się w naszym szpitalu z pacjentami... bo łatwiej jest wysłać do psychiatry niż zrobić drogie i skomplikowane badania, które mogą uratować człowiekowi życie".

Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z dyrekcją Pogotowia Ratunkowego w Łomży, aby poznać sprawę od drugiej strony i dowiedzieć się jakie kroki dyrektor zamierza podjąć, by ją wyjaśnić. Do zarzutów pani Aleksandry i całej sytuacji odniósł się dr Mikołaj Czajkowski, dyrektor d/s lecznictwa WSPR SP ZOZ w Łomży, który w rozmowie telefonicznej poinformował, że o sprawie wie już od początku z relacji ratowników medycznych, a teraz poznał ją też z relacji drugiej strony.

Reklama

Dr Czajkowski stwierdził, że "chce wskazać nieuzasadnione przypisywanie winy pracownikom WSPR SP ZOZ w Łomży" i "postara się nie naruszając prawa pacjenta do tajemnicy wytłumaczyć możliwości działania w opisywanym przypadku".

Na początku dyrektor odniósł się do sytuacji sprzed miesiąca.

- Przede wszystkim pacjent z objawami neurologicznymi, szczególnie przechodzący jak pisze żona "wylew" nie powinien był opuszczać SOR lub Izby Przyjęć, ale jak rozumiem w owym czasie nie wykonano u niego diagnostyki w tym zakresie więc trudno domniemywać, co było tego przyczyną i czy taka sytuacja  (wylew) miała miejsce. W tym konkretnym przypadku pacjent, jak pisze żona, otrzymał skierowanie z "pogotowia". Podkreślam, że "pogotowie" nie dysponuje diagnostyką więc może jedynie skierować pacjenta do placówki szpitalnej - tłumaczy lekarz.

Reklama

Poniżej cytujemy w całości dalszy ciąg wyjaśnienia sprawy, jakie otrzymaliśmy od dyrektora d/s lecznictwa WSPR SP ZOZ w Łomży.

"Kolejnym faktem przytaczanym przez żonę pacjenta jest czas, który upłynął ( ok. miesiąca ) od interwencji w IP do wezwania ZRM. Przypomnę że zgodnie z ustawą o ratownictwie medycznym dyspozytor winien zadysponować zespół ratownictwa medycznego w przypadku stanu nagłego zagrożenia zdrowotnego. Do definicji tego stanu odsyłam do ustawy, ale mowa w niej o objawach które powstały nagle i przewidywanych skutkach dla zdrowia. Przywołując słowa żony pacjent był obserwowany/badany przez "lekarkę" która nie widziała potrzeby kierowania chorego do szpitala i nie wzywała do niego ambulansu RM. W obecnie funkcjonującym systemie ratownictwa medycznego istnieją dwa typy ambulansów S i P. Te pierwsze wyjeżdżają do zdarzeń z lekarzem, drugie mają w swoim składzie dwóch ratowników medycznych. Nie ma zaleceń i standardów wysyłania ZRM do zdarzeń. W naszej stacji dyspozytorzy starają się wysyłać zespoły z lekarzem przede wszystkim do zdarzeń z udziałem dzieci, reanimacji, zdarzeń drogowych, upadków z wysokości i innych skutkujących wysokim prawdopodobieństwem nagłej utraty życia. W opisywanym przypadku mówimy o mężczyźnie który od miesiąca miał dolegliwości i widziało go przynajmniej trzech lekarzy którzy nie sugerowali pogłębienia diagnostyki a żona winę przypisuje ratownikom o niższych kompetencjach zawodowych - bez komentarza.

Reklama

Co do uwarunkowań prawnych: osoba z rodziny pacjenta nie może decydować wyrażać braku zgody na leczenie i diagnostykę, chyba że jest prawnym opiekunem nieletniego lub jego pełnomocnikiem w przypadku ubezwłasnowolnienia a o destynacji pacjenta każdorazowo decyduje kierownik zespołu ratownictwa medycznego. Na skutek oceny braku zagrożenia życia postawionej po zbadaniu pacjenta (wywiad i badanie przedmiotowe) i podkreślanych zaburzeń zachowania przy logicznym kontakcie słownym, jak to wynika ze słów żony skierowano pacjenta do jednostki która zajmuje się zaburzeniami zachowań. Nawiązując do wspomnianego wezwania policji chcę podkreślić, że jej powodem było utrudnianie pracy ratownikom "bo nie pozwalałam im zrobić tego co chcieli"  i zmuszanie ich do określonego postępowania, co jest prawnie zabronione.

Nie rozumiem o jakich objawach "wylewu" pisze żona pacjenta. Do objawów neurologicznych sugerujących diagnostykę ukierunkowaną na udar należą: stan nieprzytomności, afazja, niedowład, drgawki, zawroty głowy, oczopląs, zaburzenia widzenia, zaburzenia czucia lub ruchu. Cytując żonę " jakiś nieobecny i dziwny na oczach " nie mieści się w kanonach objawów sugerujących udar tak niedokrwienny jak i krwotoczny. Myślę że żona pacjenta myli też pojęcie pogotowia z pojęciem Izby Przyjęć i traktuje je zamiennie sugerując czynienie oszczędności na skąpieniu diagnostyki " bo łatwiej jest wysłać do psychiatry niż zrobić drogie i skomplikowane badania". Otóż Szpitalny Oddział Ratunkowy i Izba Przyjęć to nie "pogotowie", choć tak niewtajemniczeni postrzegają te jednostki.

Reklama

Na podstawie powyższego, nie widzę podstaw do stawiania tak druzgocącej oceny pracownikom pogotowia."

Odpowiedź dyrektora Pogotowia Ratunkowego sugeruje poniekąd, że pretensje żony pacjenta powinny być raczej skierowane w stronę personelu Izby Przyjęć Szpitala Wojewódzkiego w Łomży. Jaki będzie ciąg dalszy tej sprawy nie wiemy. Najważniejsze jednak wydaje się w tym wszystkim szczęśliwe zakończenie, za jakie trzeba uznać powrót do zdrowia męża pani Aleksandry.

Reklama

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo myLomza.pl




Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości