W miniony piątek w Przedszkolu Nr 9 w Łomży doszło do nieszczęśliwego wypadku, w którym ucierpiało kilkuletnie dziecko. Zostaliśmy poproszeni o interwencję, ponieważ w opinii rodziców sprawa nie została potraktowana wystarczająco poważnie. Chodziło głównie o przeciwdziałanie innym tego rodzaju zdarzeniom w przyszłości.
W 2015 roku wyremontowane zostało wejście do Przedszkola Publicznego Nr 9. Jednocześnie zamontowano pochylnię ułatwiającą dostęp do placówki osobom poruszającym się na wózkach inwalidzkich. To właśnie na tym obiekcie doszło w miniony piątek do nieszczęśliwego wypadku, po którym kilkuletnie dziecko uczęszczające do przedszkola ma rany szarpane nogi, założone liczne szwy i wycierpiało mnóstwo bólu.
Z prośbą o interwencję zwrócił się do naszej redakcji ojciec dziecka twierdząc, że próba porozumienia z dyrekcją przedszkola w sprawie rozwiązania problemu niebezpiecznej pochylni była nieudana, a wiceprezydent Agnieszka Muzyk, w momencie kontaktu z nią, nie wiedziała jeszcze o nieszczęśliwym wydarzeniu. Zrozumiałe więc, że nie mogła się do niego odnieść. Skontaktowaliśmy się w tej sprawie z dyrektor Przedszkola Nr 9 oraz z Urzędem Miejskim prosząc o odpowiedzi na kilka pytań.
Pierwsza kwestia dotyczyła tego, dlaczego powierzchnia pochylni została wykonana w taki sposób, że upadek na niej może spowodować obrażenia. Że może i to dość dotkliwe, nie trzeba udowadniać, bo tak właśnie stało się w przypadku dziecka, które ucierpiało. Chcieliśmy także dowiedzieć się, czy jest możliwość zmiany konstrukcji, a jeśli tak, to kiedy może to nastąpić. Jeśli z kolei wymaga to dłuższych procedur, to czy wstęp na pochylnię zostanie zabezpieczony do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości i podjęcia decyzji w tej sprawie tym bardziej, że w przedszkolu nie ma żadnej osoby poruszającej się na wózku inwalidzkim, która musiałaby z podjazdu korzystać.
Od początku ustaliliśmy z ojcem dziecka, że przede wszystkim zależy nam na tym, by zidentyfikować i rozwiązać problem z bezpieczeństwem dzieci, bo to jest najważniejsze. Urzędnikom zostawiamy kwestię wyjaśnienia, czy podjazd zaprojektowany i wykonany został zgodnie z wszelkimi wymogami, a jeśli nie, to wobec kogo należy wyciągnąć konsekwencje.
Wstępnie w rozmowie telefonicznej pani dyrektor Maryla Łysiak poinformowała, że sprawa wypadku jest w toku i wszelkie czynności zostaną podjęte po uzyskaniu protokołu powypadkowego. Wczoraj jednak otrzymaliśmy pisemną odpowiedź od pani dyrektor, z której dowiedzieliśmy się, że nie czekając na protokół pochylnia przy wejściu do przedszkola została już wyłączona z użytkowania.
Odpowiadając na nasze pytania dyrektor Przedszkola napisała, że "pochylnię wykonano na podstawie i zgodnie z projektem technicznym w roku 2015, protokół odbioru został podpisany przez upoważnione osoby" oraz "pochylnia wyłączona jest z użytkowania do czasu podjęcia odpowiednich decyzji".
Podobnie brzmi wiadomość podpisana przez Grzegorza Daniluka z Wydziału Komunikacji Medialnej i Promocji Urzędu Miejskiego w Łomży, która również wczoraj po południu dotarła do naszej redakcji. Z niej jednak dowiadujemy się nieco więcej o tym, co władze zamierzają z tym problemem zrobić:
"Podjazd dla osób z niepełnosprawnością został tymczasowo wyłączony z użytkowania. Na podstawie postępowania powypadkowego sporządzone zostaną wnioski protokołu inspektora BHP, ustalające przyczynę wypadku oraz wskazujące na sposób wyeliminowania zagrożenia. Pełna dokumentacja wykonanego podjazdu - projekt techniczny, protokoły odbioru - znajdują się w placówce. Podjazd istnieje już trzy lata. W tym czasie nie było przypadku wskazującego na jego wadliwe funkcjonowanie.
W pełni doceniamy zaangażowanie rodziców dziecka, które uległo wypadkowi. Zapewniamy, że podjazd nie zostanie dopuszczony do użytku, jeżeli będzie istniało jakiekolwiek zagrożenie dla użytkowników. Z uwagi na zbliżającą się przerwę urlopową w przedszkolu, w razie stwierdzenia potrzeby przebudowy, zmian konstrukcyjnych lub likwidacji podjazdu, prace zostaną wykonane w tym właśnie czasie."
Dziś wybraliśmy się, aby sprawdzić jak to wygląda na miejscu. Wejście na podjazd zostało z obu stron "zagrodzone" biało-czerwoną taśmą ochronną. Nie ma żadnych tabliczek (lub choćby zwykłych kartek papieru w foliowej koszulce) z zakazem wstępu na platformę, co było jedną z kwestii podnoszonych przez ojca dziecka, którego zdaniem od początku podjazd powinien być odpowiednio oznakowany z opisem przeznaczenia i zakazem wstępu osobom, dla których nie jest przeznaczony. Sugerował on także, że pochylnia mogłaby być wyposażona w zamykane furtki z obu stron.
Foliowe taśmy to dość słabe zabezpieczenie, ale rozumiemy, że tymczasowe. Na szczęście rok szkolny zbliża się ku końcowi i mamy nadzieję, że przerwa urlopowa, o której wspomina urzędnik ratusza, wystarczy, by problem rozwiązać w bardziej trwały sposób.