Łomża, połowa lutego 2017 roku, spadł śnieg, kilku młodych chłopaków zaczyna żartować, rzucać śnieżkami, popychać się nawzajem. Ktoś powie: normalne zachowanie młodych ludzi. Ktoś inny jednak wezwie Policję do "zakłócania porządku". Policja natomiast... kieruje sprawę do sądu i zdaniem rodziców "robi z igły widły". Wcześniej jednak przeprowadza akcję, jak z amerykańskiego filmu...
- Hubert to spokojny chłopak. W głowie ma tylko treningi w ŁKS-ie i na siłowni, nigdy nie było z nim żadnych problemów. Niedługo skończy 17 lat. Dlatego ta historia tak mną wstrząsnęła. Jak można ze zwykłego, spokojnego chłopaka robić zdemoralizowanego chuligana? - mówi ojciec jednego z uczestników zajścia z 18 lutego.
Zacznijmy jednak od początku. Jest 18 lutego 2017 roku. Przed godz. 21.00 około 10 młodych chłopaków wychodzi z galerii handlowej i ruszają w stronę domu. Nie idą każdy oddzielnie, tylko kolejno chcą się odprowadzić. Jest sobota, spadł śnieg, humory dopisują, 16- i 17-latkom wiele nie trzeba, żeby zaczęły się żarty. Chłopcy obrzucają się śnieżkami, popychają, śmieją. Nikomu nie zagrażają, nie ma mowy o żadnej agresji z ich strony, ani wobec siebie nawzajem, ani wobec żadnych osób postronnych. Nagle, gdy są na skrzyżowaniu ul. Sikorskiego i Cegielnianej, podjeżdżają policyjne radiowozy, z których wyskakują policjanci, z daleka krzycząc. Większość chłopaków odruchowo rzuca się do ucieczki. Na miejscu zostaje trzech, a wśród nich Hubert. Uważają, że nic nie mają na sumieniu, więc nie ma powodu do ucieczki. Okazuje się bardzo szybko, że to pierwszy błąd...
- Policjanci byli agresywni i wulgarni. Widzieli, że mają do czynienia z młodymi, wystraszonymi chłopakami, którzy nie stawiali żadnego oporu, a mimo to rzucili ich na ziemię, docisnęli kolanami i skuli kajdankami, po czym przewieźli na Komendę. Tych, którzy uciekli, wcale nie próbowali gonić - opisuje ojciec Huberta interwencję Policji.
- Policjanci zatrzymali trzech uczestników tego zajścia. Ze względu na to, że nie reagowali oni na wydawane polecenia użyta została siła fizyczna i założone kajdanki. W trakcie legitymowania okazało się, że zatrzymane osoby to osoby nieletnie w wieku niespełna 16 i 17 lat. Po zakończeniu interwencji zostały one przekazane rodzicom - czytamy w oficjalnej odpowiedzi na nasze pytania o tę interwencję przesłanej z Komendy Miejskiej Policji w Łomży.
Co to znaczy, że "nie reagowali oni na wydawane polecenia"? Jakie polecenia wydawali policjanci? Czy w ogóle jakieś wydawali? Według ojca Huberta, jedyne co wydobywało się z ust interweniujących policjantów to wulgarne wyzwiska, słowa na k..., ch... sk... Żadnych poleceń typu wsiadać do radiowozu czy podobnych nie było, bo zamiast tego było natychmiastowe obezwładnienie i zakucie w kajdanki. Co ciekawe, w urzędowej notatce z interwencji, która znalazła się wśród materiałów przesłanych do Sądu Rejonowego w Łomży nie ma ani słowa na temat jakiegokolwiek stawiania oporu, braku wykonywania poleceń, ale też nie ma żadnej wzmianki o zastosowaniu siły fizycznej wobec zatrzymanych nieletnich i środków przymusu bezpośredniego w postaci kajdanek. Nie ma też ani słowa o wulgarnym zachowaniu policjantów, co akurat wydaje się zrozumiałe...
- Co mnie najbardziej w tej interwencji uderzyło, to fakt że uczestniczyła w niej policjantka. Kobieta. I nie zareagowała na zachowanie swoich kolegów w mundurach - dziwi się ojciec Huberta. - Nie życzę tej pani, żeby kiedyś znalazła się w podobnej sytuacji w roli matki nastoletniego syna - dodaje.
Ciekawa jest też kwestia interpretacji tego, co działo się tuż przed interwencją policjantów. Według relacji chłopaków, przekazanej przez ojca jednego z nich, było rzucanie śnieżkami, popychanie, po prostu żarty. W policyjnej notatce czytamy, że "po przybyciu na miejsce zastano trzy osoby, które szarpały się za ubrania i wzajemnie przepychały" i dalej, że "w/w osoby przyznały się, że zakłócały porządek publiczny oraz że doszło między nimi do szarpaniny".
- Nieprawda! Nikt nie przyznał się do żadnego zakłócania porządku i szarpaniny. Chłopcy przyznali, że rzucali śnieżkami i popychali się nawzajem w ramach żartów, a to zupełnie co innego! - mówi wzburzony ojciec.
Chłopców tego samego wieczora z Komendy Miejskiej Policji w Łomży odebrały ich mamy. I tu kolejna "ciekawostka". Mama Huberta, będąc w zaawansowanej ciąży i pod wpływem silnego wzburzenia, nie przyjrzała się dokładnie dokumentowi, który podpisała odbierając syna. Okazuje się, że było to "oświadczenie osoby przejmującej opiekę nad osobą nietrzeźwą".
- Jaką nietrzeźwą?! - denerwuje się ojciec Huberta. - Chłopcy nie mieli w organizmach żadnego alkoholu ani żadnych środków odurzających. Policjanci to przecież sprawdzili, przebadali ich! W dokumentach też nie ma ani słowa o żadnej nietrzeźwości! W tej sprawie byłem na komendzie i powiedziano mi, że... zabrakło właściwych druków, więc wypisano taki, jaki był pod ręką! - tłumaczy oburzony mężczyzna.
Policja zdecydowała, że sprawa będzie miała ciąg dalszy w sądzie. Zawiadomienie z kompletem dokumentów trafiło więc do Wydziału Rodzinnego i Nieletnich Sądu Rejonowego w Łomży, który 27 lutego wydał postanowienie o wszczęciu postępowania "celem ustalenia czy istnieją okoliczności świadczące o tym, że nieletni dopuścili się czynu karalnego przewidzianego w art. 51§1 kw przez to, że w dniu 18 lutego 2017 roku ok. godz. 21.50 na skrzyżowaniu ulic Cegielnianej i Sikorskiego w Łomży zakłócili porządek publiczny poprzez wzajemne szarpanie się za ubrania i popychanie".
Miejmy nadzieję, że sąd dostrzeże różnicę pomiędzy żartami grupki młodych ludzi na śniegu, a "zakłócaniem porządku publicznego i szarpaniną", jak chce to widzieć Policja. Jak zapowiedział ojciec Huberta, skorzysta on z fachowej pomocy prawnika i nie pozwoli, by z jego spokojnego syna, którego interesuje tylko gra w piłkę i treningi, a nie jakieś burdy "na mieście", zrobiono chuligana i łobuza, którego musi w domu odwiedzać sądowy kurator.
O zakończeniu tej sprawy oczywiście również poinformujemy!