Z wiązankami kwiatów lub ze zniczem zapraszają łomżyniaków na polanę w Jeziorku członkowie Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej. W najbliższą niedzielę upamiętniać będą 70. rocznicę okrutnego wymordowanie całych rodzin łomżyńskiej inteligencji. Pod strzałami z broni maszynowej zginęły dzieci, potem ich matki i ojcowie. Łutem szczęścia od śmierci udało się wywinąć 85-letniemu dziś Jerzemu Smurzyńskiemu, na którego także został wydany wyrok. Poniżej publikujemy niezwykłe ustalenia historyka.
Zbrodnia dokonana przez niemieckich żołnierzy rozpoczęła się 15. lipca 1943 roku ok. godz. 5.00 rano. Wczesnym rankiem rodziny należące do łomżyńskiej inteligencji- wcześniej umieszczone na przygotowanej liście- zostały zabierane ze swoich domów. Jerzy Smurzyński cudem uniknął śmierci, wychodząc bardzo wcześnie na tajne komplety.
- Tego samego dnia stał się na całe lata jednym z najbardziej poszukiwanych przez Niemców łomżyniakiem. Wyjaśnienie okoliczności jeziorkowskiego dramatu i odkłamanie wielu „prawd” powielanych przez domorosłych historyków stało się jego życiowym wyzwaniem- przekazuje Wawrzyniec Kłosiński z Towarzystwa Przyjaciół Ziemi Łomżyńskiej (cytat za lomzyniacy.org).
W 1997 roku Smurzyński opublikował książkę "Czarne lata na łomżyńskiej ziemi", w której opisuje wiadomości, jakie udało mu się zgromadzić na temat zbrodni w Jeziorku.
„Grupa Műllera przybyła do Łomży nocą z 14 na 15 lipca 1943 roku. Około godz. 5 rano przystąpiono do aresztowań według przygotowanej wcześniej listy. Trwające do godz. 7 rano aresztowania miały mniej więcej jednakowy przebieg: Żandarmi w dwu- trzyosobowych patrolach rozeszli się po mieście tak, aby wiadomość o aresztowaniach nie mogła zaalarmować zainteresowanych. Po wejściu do mieszkania żandarmi pobieżnie sprawdzali tożsamość znajdujących się tam osób i, w szybkiej rewizji, poszukiwali pieniędzy, biżuterii i cenniejszych drobiazgów, które chowali do kieszeni. Był to prawdopodobnie ich prywatny „zysk”. Następnie wszystkim, których zastali w mieszkaniu kazali ubierać się, zamknąć mieszkanie, które opieczętowywali, zabierając klucze. Były przypadki, że pozwalali pożegnać się z zamieszkałą w sąsiedztwie dalszą rodziną.
Aresztowanych prowadzono pieszo do miejscowego więzienia. Małe dzieci i niemowlęta matki wiozły w wózkach lub niosły na ręku. W więzieniu wszyscy przechodzili pojedynczo przez kancelarię, gdzie dokładnie sprawdzano tożsamość, zatrzymując dokumenty osobiste i drobiazgi. Wszystkich, którzy przeszli przez kancelarię, gromadzono w jednym dużym pomieszczeniu, w którym aresztowani siedzieli pod ścianami na podłodze w grupach rodzinnych. Po zgromadzeniu wszystkich aresztowanych na sali ogólnej, wyższy oficer w asyście żandarmów, przechodził wzdłuż siedzących, pytał o nazwisko i jednym „Rauss!” polecał całej rodzinie wyjść na podwórze. Tam ładowano aresztantów na samochód ciężarowy przykryty plandeką. Ok. godz. 10 z bramy więziennej wyjechał konwój w składzie: samochód z żandarmami i karabinem maszynowym na szoferce, ciężarówka ze skazanymi i następny samochód z żandarmami. Zachowanie się aresztowanych wskazywało, że nie zdawali sobie sprawy z tego, co ich czeka. Nie jest wykluczone, że powiedziano im, iż jadą do innego więzienia lub obozu, co miało np. miejsce podczas zabierania starców z Pieniek Borowych.
Konwój dość szybko dotarł do Lasu Jeziorkowskiego, gdzie był przygotowany, wykopany wcześniej przez mieszkańców Jeziorka dół. Nieznani są informatorzy, według których opracowano informacje dotyczące samej egzekucji, a znajdujące się w dokumentach Delegatury Rządu. Jest ich kilka i różnią się szczegółami. Według tych relacji najpierw stracono dzieci. Dokumenty mówią, że dokonywano tego przy pomocy granatów, ale żaden ze świadków, którzy słyszeli odgłosy egzekucji, nie wspomina o wybuchach, wszyscy natomiast mówią o seriach broni maszynowej, pojedynczych strzałach, krzykach i szczekaniu psów. Następnie tracono osoby dorosłe – najpierw kobiety, a potem mężczyzn, choć inne depesze mówią o odwrotnej kolejności. Według tych samych relacji, mężczyzn przed egzekucją oślepiono kwasem.
Zupełnie inny przebieg egzekucji sugeruje rozmowa, jaką przeprowadziłem z Panią Zofią Matejkowską. Według Jej relacji, nie było kolejności straceń – dzieci, mężczyźni, kobiety, jak też faktu oblewania twarzy mężczyzn kwasem.
Na pewno wszyscy byli zabijani z broni maszynowej i ewentualnie dobijani z broni krótkiej. Zabitych i ew, rannych, sami oprawcy zasypali cienką warstwą ziemi, którą następnie ubijali, jeżdżąc po powierzchni samochodem ciężarowym. Jak podają niektóre depesze, dwóch spośród oprawców nie wytrzymało nerwowo widoku tego mordu. Około południa 15 lipca 1943 roku samochody opuściły Las Jeziorkowski. Jeszcze tego samego dnia byli tam mieszkańcy Jeziorka, a po kilku dniach – pierwsza rodzina (...)" (Jerzy Smurzyński, "Czarne lata na łomżyńskiej ziemi", TPZŁ 1997, cytat za www.lomza.pl).
Obchody przypadającej w poniedziałek 70. rocznicy zbrodni zostały przeniesione na najbliższą niedzielę, 14. lipca. Uroczystości związane z upamiętnieniem 50 ofiar hitlerowskiej zbrodni na polanie w Jeziorku rozpoczną się o godz. 12.00.
Tym razem zabraknie jednak na nich ocalałego świadka. Stan zdrowia 85-letniego Jerzego Smurzyńskiego, na co dzień mieszkającego w Warszawie, nie pozwala mu na przyjazd do miejscowości- informuje TPZŁ.