Jaką "tablicę Mendelejewa" wdychamy z powodu spalania śmieci, plastików, węgla i wszelkiego rodzaju odpadów? Nad tym, czym łomżyniacy trują siebie nawzajem, zastanawiała się podczas wczorajszej sesji Rady Miasta radna Wanda Mężyńska, która zaproponowała, by prezydent upoważnił strażników miejskich do kontrolowania, kto i czym pali w piecu.
O tym, że w Łomży nie da się odetchnąć czystym powietrzem, jest głośno od lat. Powietrze w mieście zostało zaliczone do klasy "C"- ostatniej wśród trzech klas powietrza, oznaczającej, iż poziomy stężenia zanieczyszczeń przekraczają wartości dopuszczalne.
Główne substancje zanieczyszczające powietrze to SO2 (dwutlenek siarki), NO2 (dwutlenek azotu) i pyły zawieszone (PM2,5 i PM10). Stężenie tego ostatniego przekraczane jest w mieście permanentnie.
Inspektorzy Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska rokrocznie przypominają, że za taki stan zanieczyszczeń odpowiadają sami łomżyniacy, spalając węgiel i śmieci w domowych piecach. Do najczęściej spalanych należą zużyte pieluszki, stare ubrania i buty, stare meble, gazety, plastikowe butelki i folie, emitujące do atmosfery szkodliwe składniki.
Teoretycznie, spalanie śmieci zagrożone jest mandatem do 500 złotych, a nawet skierowaniem sprawy do sądu. Tam grzywna może sięgnąć nawet pięciu tysięcy złotych.
W Łomży nie ma jednak instytucji upoważnionych do kontrolowania palenisk. O wytypowanie do tego celu strażników miejskich zaapelowała radna Wanda Mężyńska. Wzorem np. Białegostoku czy Krakowa, zdaniem radnej, w straży powinien zostać utworzony referat do spraw ekologicznych, zajmujący się kontrolami.