Niedzielny wieczór na starym odcinku krajowej „sześćdziesiątki jedynki” daleki był od spokojnego. Około godziny 19:30 ciszę między Kobylinem a Górkami-Sypniewo przerwał pisk opon i huk gniecionej blachy. Chwilę później na miejscu były już wszystkie służby, ale zamiast poszkodowanych, policjanci zastali tylko pusty, wbity w ziemię samochód.
Wszystko zaczęło się prawdopodobnie jeszcze w okolicach Kolna. To stamtąd, według nieoficjalnych informacji, kierowca służbowej toyoty miał uciekać przed policyjnym patrolem. Wybrał trasę równoległą do Via Baltica – starodroże DK 61, gdzie ruch jest mniejszy, a droga kręta. I to właśnie jeden z zakrętów okazał się dla niego końcem jazdy.
Prędkość musiała być spora. Toyota wypadła z jezdni, z impetem dachowała. Gdy na miejsce z wyciem syren podjechała policja, straż pożarna i karetka, ratownicy byli przygotowani na najgorsze. Rzeczywistość okazała się jednak inna.
W środku auta nie było nikogo. Drzwi otwarte, w kabinie pusto, wokół samochodu też ani śladu żywej duszy. Kierowca, mimo że auto wyglądało na kompletnie roztrzaskane, musiał o własnych siłach wydostać się z pojazdu i natychmiast ruszyć w pola.
Policjanci od razu rozpoczęli przeczesywanie okolicy, ale wieczorne ciemności nie ułatwiają zadania. Dlaczego uciekał? Czy był pod wpływem alkoholu, czy może powód był jeszcze inny? To teraz ustalają śledczy. Na tę chwilę jedno jest pewne – po brawurowym rajdzie została tylko zniszczona firmowa toyota.