Ostatnio żywo interesuję się łomżyńskim rynkiem nieruchomości. I chociaż dach nad głową to rzecz niezmiernie ważna i świadcząca o zdrowym i odpowiedzialnym podejściu do życia, mam wrażenie, że niektórym już tego rozsądku zabrakło. Kilka przykładów:
1) Mieszkanie w bloku z wczesnych lat "70-tych. W zasadzie lepiej niż mieszkanie, pasuje słowo "klitka" dwa pokoje, kuchnia i łazienka na zawrotnej powierzchni 35 metrów kwadratowych. Cena? Blisko 4.000zł za metr!
2) Przykład kolejny: mieszkanie urządzone a"la Gierek. Boazeria na ścianach, meble "na wysoki połysk", ściany niewygładzone. Cena sukcesywnie zjeżdża od 200 tysięcy w dół, ale chętnych nadal nie ma. Atutem mieszkania ma być fakt, że w cenie zostaje "wyposażenie". Ale zaleta to żadna. Ekipa remonotwa będzie musiała kilkanaście razy więcej obrócić do śmietnika, i tyle.
3) Zdarzają się też mieszkania tylko pozornie na sprzedaż. Dzwonię pod jedno z ogłoszeń, wszystko wygląda pięknie. Metraż, położenie, mieszkanie po remoncie. Pytam o cenę... i okazuje się, że mieszkanie jest na wynajem, tylko właściciele napisali w ogłoszeniu, że na sprzedaż. Dodam, że cena za wynajem to... 1200 złotych plus rachunki (za dwa pokoje).
Jedno z praw Murphy"ego mówi, że jeśli coś może się nie udać, to na pewno się nie uda. Być może właśnie zadziałało - skoro szukam mieszkania, to go nie znajdę. Mimo wszystko jestem jednak daleka od takiego zrzucania odpowiedzialności na los. Mam za to wrażenie, że ja i sprzedający nie żyjemy w tej samej Łomży, gdzie standardowe zarobki to 1200zł netto na miesiąc. I za średnią pensję możemy kupić... no, może 1/3 metra kwadratowego.