Wizna, niedziela, chwilę po szóstej rano. Zamiast spokojnej kawy na stacji paliw przy Łomżyńskiej, pracownicy i pierwsi klienci dostali dawkę adrenaliny, której nikt nie zamawiał. Wszystko przez „pilota” osobówki, który na trasie krajowej nr 64 postanowił sprawdzić aerodynamikę swojego auta.
Efekt? Volksvagen wypadł z drogi, zaliczył widowiskowe dachowanie, skasował ogrodzenie i z impetem wylądował na terenie stacji. Wyglądało groźnie, wręcz filmowo. Gdy na miejsce z wyciem syren zjechały się dwa zastępy straży (JRG Łomża i OSP Wizna), policja oraz karetka, ratownicy byli gotowi na najgorsze.
Scenariusz okazał się jednak bardziej zagadkowy niż tragiczny. Po otwarciu pogiętych drzwi strażacy zobaczyli... absolutne nic. W aucie nie było ani kierowcy, ani pasażerów. W okolicy też nikogo, kto przyznałby się do porannego rajdu. Wygląda na to, że sprawca zdarzenia tuż po „parkowaniu” uznał, że czas na poranny jogging i po prostu wyparował, zanim na horyzoncie pojawiły się niebieskie światła.
Służby zabezpieczyły wrak, płot poległ w starciu z maszyną, a policjanci mają teraz przed sobą klasyczną zagadkę kryminalną: kto prowadził i dlaczego tak bardzo nie chciał czekać na pomoc? Mundurowi już pracują nad ustaleniem, komu tak bardzo spieszyło się w niedzielny poranek, że zapomniał zabrać ze sobą samochodu.