Zajęcie przez Niemców Krety w końcu maja 1941 roku symbolicznie zakończyło kampanię bałkańską i pozwoliło Hitlerowi zwrócić oczy ku Związkowi Sowieckiemu. Tam bowiem, na jego bezkresnych obszarach poszukiwał bowiem mitycznego Lebensraumu, czyli przestrzeni życiowej, której rzekomo przeludniona Rzesza potrzebowała.
W połowie czerwca wojna pomiędzy oboma okupantami Polski była już nieunikniona. Ale nawet w obliczu zbliżającego się zagrożenia, Sowieci nie wstrzymali swojej represyjnej polityki względem mieszkańców ziem II Rzeczypospolitej zagarniętych we wrześniu 1939 roku.
Nocą z 19 na 20 czerwca 1941 roku, a więc na dwie doby przed niemiecką inwazją na ZSRS, żołnierze ze specjalnych jednostek NKWD zastukali do tysięcy polskich domów. Kolejna, i jak się miało okazać ostatnia akcja deportacyjna w głąb Związku Sowieckiego, wymierzona została w szczególności w rodziny i osoby związane z zesłanymi wcześniej grupami ludności.
- Mieszkaliśmy wówczas w Janowie w powiecie kolneńskim. Ojciec mój przed wojną był radnym w Powiatowej Radzie w Kolnie. 20 czerwca 1941 roku o świcie usłyszeliśmy walenie w drzwi i krzyki. To byli sowieccy żołnierze z miejscowymi kolaborantami. Enkawudziści obiecali im, że majątek zesłańców trafi do nich i się na tym wzbogacą – opowiada pan Marian Paliwoda, dodając – Mama moja tak się tym zestresowała, że z nerwów zemdlała. Ojca mojego z nami wówczas nie było. Ostrzegli go przed deportacją dobrzy ludzie i zdążył się ukryć. Już w trakcie przygotowań do wywózki zbiec zdołał mój najstarszy, 18-letni brat. Mimo pogoni nie udało się go złapać. Mnie, moją mamę i pozostałe moje rodzeństwo załadowano na furmanki, którymi dowieźli nas do Małego Płocka, a stamtąd starym traktem ciężarówkami na dworzec w Łomży. Tego dnia oprócz nas, z Janowa wywieziono również 9 - osobową rodzinę Podsiadów oraz rodzinę Kowalewskich. Kowalewskiego jako oficera Wojska Polskiego zaś wywieźli już wcześniej, w lutym 1940 roku, jako pierwszego.
Deportowanych czekać miała długa, wielotygodniowa podróż w nieco przebudowanych bydlęcych wagonach, tzw. tiepłuszkach, na dalekie stepy Kazachstanu, Kraju Krasnojarskiego, Kraju Ałtajskiego lub obwodu nowosybirskiego. Do skrajnie ciężkich warunków podróży, nieznośnego upału, głodu, niewystarczającej ilości wody, braku higieny i skutkujących tym faktem chorobami oraz okrucieństwa konwojentów doszły wkrótce … bomby zrzucane z niemieckich samolotów.
- Do wagonów konwojenci ładowali po 50-70 osób. Panował ścisk, gorąc. Na wagon przypadało jedno wiadro zupy i dwa wiadra wody dziennie. Do jedzenia czasem przynosili nam solone śledzie, po których strasznie chciało się pić. Wiele osób zmarło w tej podróży. Ich ciała Sowieci wyrzucali wprost na tory. Jadąc tak, przez szpary widzieliśmy skutki niemieckich bombardowań. Zniszczone dworce, powykręcane tory, wywrócone wagony i lokomotywy. Naszego transportu naloty nie dotknęły, ale eszelony jadące z zesłańcami po nas zostały przez Niemców ostrzelane – wspomina pan Marian Paliwoda.
Większość transportów, pomimo gradu bomb zrzucanych na wolno toczące się składy, kontynuowała swą makabryczną podróż na „nieludzką ziemię”. Trwający kilkadziesiąt dni transport nie kończył jednakże męczeństwa siłą zesłanych ludzi, których gehennę rozpoczęło brutalne, nocne najście enkawudzistów na ich domy. Na miejscu, zesłańców czekała ciężka, katorżnicza praca, katastrofalne warunki zakwaterowania i głodowe porcje żywieniowe.
- Pierwszym miejscem, gdzie dotarł nasz transport był chutor położony w pobliżu miejscowości Szypunowo na Syberii. To była biedna osada, bez utwardzonych dróg, elektryczności, z lepiankami zamiast domów. Było tam pełno nędzarzy i bezdomnych. Zobaczyliśmy martwych ludzi, których enkawudziści zakopywali w płytkich jamach na błotnistej jezdni. Wysadzono nas tam, a my zabraliśmy się do zbierania kamieni, na których położyliśmy nasze tobołki, aby nie zamokły od deszczu. Rzeczy nasze mama przykryła wojskową plandeką. Spaliśmy i mieszkaliśmy też pod tą plandeką, stuleni razem, a dla rozgrzania się biegaliśmy po okolicy, jeden za drugim. Chleb i mąka bardzo często były tak gorzkie, że trudno było to przełknąć w stanie upieczonym czy ugotowanym. Powodem była wielka plaga piołunu w zbożach przekazuje pan Marian Paliwoda, dodając, iż potem trafili do Kazachstanu, aż za Szymkent, do podnóży gór Tienszan. – Trafiliśmy do sowchozu, z wielkimi sadami, z dużą liczbą koni i krów. Tam znaleźliśmy jakąś opuszczoną ziemiankę zbudowaną z niewypalonej gliny i w niej zamieszkaliśmy.
Pierwszą iskierką nadziei dla udręczonych zesłańców była wiadomość o podpisaniu w dniu 30 lipca 1941 roku w Londynie układu Sikorski-Majski. Na jego mocy polscy obywatele zostali objęci amnestią. Podjęto decyzję o utworzeniu na terytorium Związku Sowieckiego nowej armii polskiej. Tysiące młodych Polaków zwolnionych z łagrów lub kołchozów wyjeżdżało, aby dołączyć do tworzącego się Wojska Polskiego pod dowództwem generała Władysława Andersa. Wielu z nich zmarło w drodze do punktów werbunkowych z głodu i wycieńczenia.
- Mój brat Aleksander również postanowił zgłosić się do polskiej armii. Gdy dotarł na miejsce, oczom jego ukazała się ponad kilometrowa kolejka ochotników. Jednakże oficer sowiecki gdy usłyszał od brata, iż ten ma zaledwie 14 lat odesłał go kwitując słowami „Нам дети не нужны” (Nam dzieci nie potrzeba). Ale inni Polacy widząc go szlochającego postanowili mu pomóc. Znaleźli gdzieś jakiś przydługi płaszcz, furażerkę, do kieszeni napchali kamieni, żeby miał większą wagę i kazali mu powiedzieć, że ma 18 lat. I tak dostał się do polskiej armii, z którą od Iranu, poprzez Palestynę i Egipt dotarł aż do Włoch. Jednakże ze względu na wiek nie brał czynnego udziału w walkach – opowiada pan Marian Paliwoda.
Dla tych, którym niedane było opuścić „nieludzkiej ziemi” wraz z generałem Andersem, w roku 1943 możliwość taką dał generał Zygmunt Berling, który w Sielcach nad Oką tworzył polskie jednostki wojskowe.
- Brat mój Franciszek, który w czasie wojny zaciągnął się do tworzonego w ZSRS polskiego wojska, wrócił w rodzinne strony jako żołnierz. W składzie 1 Armii Wojska Polskiego brał udział w walkach w Warszawie oraz w bojach o przełamanie Wału Pomorskiego, w tym w słynnej bitwie o Kołobrzeg. Gdy w kwietniu 1946 roku przyjechaliśmy do Łomży z zesłania był akurat na urlopie w rodzinnym domu - wspominał po latach deportowany wraz z rodziną do obwodu archangielskiego pan Henryk Dębowski.
Otwartą drogę powrotu do ojczyzny wszystkim pozostałym jeszcze na terenach Związku Sowieckiego zapewniło dopiero ostateczne pokonanie hitlerowskich Niemiec.
- Dotarłyśmy do Lwowa, gdzie spędziłyśmy siedem tygodni, do 18 listopada 1945 roku. Wieczorem tego dnia dotarłyśmy na dworzec. Stał tam zatłoczony pociąg do Krakowa. Okna w nim były wybite, ale było ciepło, bo bardzo tłoczno. Ludzie jadący z nami dali nam co kto miał do jedzenia. Niestety na granicy nikt nie chciał przepuścić naszego transportu. Staliśmy na bocznicy głodni i zziębnięci przez dwa tygodnie. Wreszcie po długich dniach wyczekiwania przepuścili nasz pociąg do ukochanej Polski. Z Krakowa do Warszawy dotarliśmy trochę koleją, trochę pieszo lub furmankami. Ze zrujnowanej stolicy dotarliśmy pociągiem do Śniadowa, a stamtąd pieszo, przez Łomżę do naszej Wizny. Gdy dotarliśmy na miejsce, przeżyłyśmy szok. Miasteczko było zniszczone w 95%. W progu powitał nas ukochany dziadek Andrzej. Była wielka radość i płacz – opisywała po latach swój powrót z Kazachstanu w rodzinne strony pani Lucyna Ożarowska.
Wielu zesłańców Sybiru, którzy znaleźli się w armii polskiej generała Andersa wraz z końcem wojny musiało podjąć trudną decyzję czy wracać w rodzinne strony, czy też zacząć budować życie na obczyźnie.
- Skończyła się wojna. W armiach alianckich demobilizacja. W roku 1947 kończę naukę w IV Junackim Gimnazjum Mechanicznym w Kfarbilu w Palestynie. Wielu kolegów rozjeżdża się po świecie, inni jadą do kraju. Jestem wśród tych ostatnich. Cała moja rodzina już jest w Polsce. Otrzymuję odprawę demobilizacyjną i z El-Szat w Egipcie docieram do Port Saidu. Tu czeka na nas UNRRA-owski statek angielski, który bierze kurs na Maltę. Zawijamy do portu La Valetta. Krótki postój i nowy kurs na Triest, a potem do Wenecji. Tu po wylądowaniu wstępuje we mnie jakiś nowy duch i entuzjazm. Już tylko parę dni, a będę w domu razem z rodziną, której nie widziałem przez pięć lat - zanotował w spisanych w 1979 roku wspomnieniach pan Aleksander Paliwoda.
W trakcie czterech wielkich akcji deportacyjnych przeprowadzonych przez sowieckiego okupanta w okresie od 10 lutego 1940 roku do 20 czerwca 1941 roku, na wschodnie obszary ZSRS zesłano około 340 tysięcy obywateli polskich, w tym ponad 6,5 tysiąca z ziemi łomżyńskiej. Wielu z nich nigdy nie powróciło w rodzinne strony.
Krzysztof Fabiszewski