Czy miejscy urzędnicy lekceważą sobie istniejące zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców? Pytanie wydaje się zasadne, ponieważ od 1,5 miesiąca nie reagują na zgłoszenie o uszkodzonym słupie ulicznej latarni. Czy musi dojść do nieszczęścia, żeby ktoś się tym w końcu zajął?
- Półtora miesiąca temu, podczas posiedzenia Komisji Bezpieczeństwa Rady Miejskiej, mówiłem naczelnikowi Karwowskiemu o uszkodzonym słupie latarni ulicznej na ulicy Bema. Ponieważ nie było reakcji, zgłosiłem tę sprawę podczas ostatniej sesji w interpelacji. Reakcji nadal nie ma, więc dziś wezwałem na miejsce Straż Miejską. Może w ten sposób da się wymusić, jeśli nie naprawę, to przynajmniej odpowiednie zabezpieczenie tego miejsca - mówi radny Zbigniew Prosiński, który kiedy zauważył, że kable w słupie są praktycznie na wierzchu i każdy może ich dotknąć, sam próbował zasłaniać je i oklejać słup taśmą. Cierpliwość radnego jednak już się wyczerpała.
Latarnia umiejscowiona jest wyjątkowo nieszczęśliwie. Jak się dowiadujemy, bardzo często zaczepiają o nią samochody parkujące w tym miejscu i prawdopodobnie to jest przyczyną uszkodzenia i braku pokrywy osłaniającej kable energetyczne. Radny zauważył to nieco ponad 1,5 miesiąca temu. Własnoręcznie osłonił stwarzające zagrożenie miejsce i poinformował o sprawie odpowiednie służby. Przez 1,5 miesiąca nie doczekał się reakcji, choć na ostatniej sesji zgłaszał problem w interpelacji.
Wezwani przez radnego strażnicy przyjechali na miejsce, zrobili zdjęcie uszkodzonego słupa, zgłosili sprawę do ratusza i pozostali na miejscu. Będą pilnować, żeby nikt nie zrobił sobie krzywdy do godz. 15.30. Po tej godzinie kończą pracę. Czy ktoś w końcu zajmie się dzisiaj problemem i zabezpieczy kable przed dostępem? Przecież nie jest chyba tak trudno wyobrazić sobie, że jakieś dziecko ciekawe świata włoży rękę i porazi je prąd. Tak może się stać, bo latarnia działa i wieczorem oświetla ten fragment ulicy.