Gdy dziś oglądając wieczorne informacje słyszymy o kolejnych bombardowaniach Teheranu, niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że to właśnie Iran był pierwszym krajem, który udzielił gościny i schronienia umęczonym i wygłodzonym zesłańcom Sybiru, którzy na Bliski Wschód dotarli wraz z ewakuowaną z nieludzkiej ziemi armią gen. Władysława Andersa.
Kiedy 30 lipca 1941 roku w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych w Londynie, premier rządu Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie generał Władysław Sikorski w obecności premiera Imperium Brytyjskiego Winstona Churchilla oraz angielskiego ministra spraw zagranicznych Roberta Anthonego Edena podpisywał z radzieckim ambasadorem w Wielkiej Brytanii Ivanem Majskim dokument przywracający stosunki dyplomatyczne pomiędzy Polską, a Związkiem Sowieckim, nikt z deportowanych w głąb państwa Stalina Polaków nie mógł wiedzieć jak bardzo ten dzień wpłynie na ich dalsze losy.
Jednym z punktów zawartego wówczas porozumienia była „amnestia” dla obywateli polskich znajdujących się na terytorium Związku Sowieckiego oraz utworzenie na jego obszarze nowej armii polskiej, podległej operacyjnie dowództwu radzieckiemu. Początkowo niewielka, z czasem coraz większa i większa rzesza udręczonych katorżniczą pracą w gułagach i specposiołkach Polaków zaczęła przemieszczać się po bezkresnych obszarach wielkiego państwa. Ich celem był znajdujący się w rosyjskim obwodzie orenburskim obóz w Buzułuku, gdzie zaczęła formować się Armia Polska po dowództwem gen. Andersa. Jednak fatalne warunki oraz srogie mrozy sprawiły, iż już w styczniu 1942 roku na Kremlu zapadła decyzja o przeniesieniu obozów do radzieckich republik w Azji Środkowej. Od tej pory stać się one miały „Mekką” dla polskich tułaczy pragnących za wszelką cenę wyrwać się z objęć brutalnego radzieckiego reżimu.
- Pewnego dnia zatrzymał się w naszej okolicy jakiś dziwny pociąg towarowo – osobowy. Takiego dotychczas jeszcze nie widziałem. Z wagonów wysiadali jacyś żołnierze w dość dziwnych mundurach i w czapkach rogatywkach na głowach. Zauważyłem, że na tych czapkach widniały polskie orzełki. Gdy zbliżyłem się do nich usłyszałem mowę polską. Zacząłem zadawać im pytania. Dowiedziałem się skąd są i po co jadą. Otóż była to grupa wojskowa, której zadaniem było zbieranie Polaków z całej okolicy i kierowanie ich do Czakpaku, do stacji zbiorczej. Usilnie doradzali mi, ażeby cała moja rodzina tam się również stawiła, bo jak twierdzili, za kilka miesięcy ma nastąpić, na zasadzie porozumienia z rządem sowieckim wyjazd do Iranu. Informacja ta brzmiała wprost anielsko, nieprawdopodobnie było w nią uwierzyć – wspominał po latach deportowany w głąb ZSRS z rodzinnego Janowa, Aleksander Paliwoda.
Choć początkowo wielu zesłańców ze sceptycyzmem podeszło do tych rewelacji, okazały się one prawdziwe. 24 marca 1942 roku rozpoczęła się ewakuacja armii polskiej oraz tysięcy kobiet i dzieci ze Związku Sowieckiego przez Morze Kaspijskie do Iranu. Ich pierwszym celem stało się położone w ostanie Gilan, portowe miasto Bandar Pahlawi (obecnie Bandar-e Anzali). Obóz ulokowano wzdłuż wybrzeża, w bezpośrednim sąsiedztwie wód morskich. Podzielono go na pięć stref wyposażonych w kuchnie, sklepy i magazyny. Wszyscy Polacy musieli przejść obowiązkową dezynfekcję oraz odwszawianie. Otrzymali też nowe ubrania, które dla wielu stały się synonimem rozpoczęcia nowego, lepszego życia. Tutaj też pod opieką polskich i brytyjskich lekarzy uchodźców objęto kilkutygodniową kwarantanną. Niestety, osłabione trudami wędrówki i głodu organizmy szybko padały ofiarami licznych na tych terenach endemicznych chorób. Szalała malaria i cholera. Wśród chorych znalazł się również 12-letni wówczas Aleksander Paliwoda, który wspominał:
– Ataki malaryczne z różną częstotliwością trwały nadal. Wysoką temperaturę i nocne wycie szakali pamiętam dobrze do dziś. W Bandar Pahlavi nie wszystkim udało się wylizać ze swoich chorób. Pozostał tam duży cmentarz wojskowy, na którym pochowano setki młodych chłopców i dziewcząt. Wiele z tych osób zmarło na cholerę. Ja miałem więcej szczęścia. Po dwóch tygodniach leczenia i wypoczynku zacząłem nawet biegać za piłką.
We wspomnieniach wielu Polaków Iran jawił się jako pierwsze miejsce - po opuszczeniu sowieckiego państwa - po prostu normalne. Nie brakowało jedzenia, zaś miejscowa ludność nastawiona była bardzo przyjaźnie i chętnie udzielała pomocy. Równocześnie rząd Iranu starał się zapewnić możliwie jak najlepsze warunki polskim uchodźcom.
W połowie 1942 roku po zakończeniu obowiązkowej kwarantanny obóz w Bandar Pahlavi został zlikwidowany, zaś polskich uchodźców przekierowano do stolicy kraju, Teheranu. Około 2000 polskich dzieci – sierot skierowano natomiast do przygotowanych uprzednio ośrodków w Isfahanie.
O ile nad Morzem Kaspijskim przeważały tereny zielone, liczne, poprzecinane strumieniami lasy i wielohektarowe łąki, o tyle zbliżając się coraz bardziej do Teheranu krajobraz zamieniał się na rzecz gołych, spieczonych słońcem brunatnych gór Elbrus. Po dotarciu na miejsce trudno było nam dostosować się do gorącego i suchego klimatu oraz obniżonego ciśnienia, bowiem irańska stolica położona jest na wysokości 1200 metrów nad poziomem morza – zanotował w pamiętniku Aleksander Paliwoda.
Reklama
Na Polaków czekały cztery obozy. Były one w pełni wyposażone w pralnie, kuchnie, piekarnie, magazyny żywnościowe, łaźnie oraz liczne warsztaty krawieckie, stolarskie i szewskie. Nie zapomniano też o szpitalu i chrześcijańskiej kaplicy. Dzieci mogły wreszcie podjąć naukę w polskiej szkole. Wielu uchodźców szybko znalazło zatrudnienie w sektorze przemysłowym, dominującym w Teheranie. Inni zaś, jak Aleksander Paliwoda korzystali z uroków tego pięknego miasta.
- W Teheranie obozowałem przez cztery tygodnie, w jego południowo-wschodniej dzielnicy. Pamiętam jak starszy sierżant Hnatko na miejscowym bazarze kupił mi piękną latarkę na baterie. Taką samą miałem kiedyś w Janowie.
Reklama
Irańczycy zapewnili udręczonym ludziom rzecz najważniejszą - poczucie bezpieczeństwa, tak ważnego szczególnie dzieciom, które po traumatycznych przeżyciach bardzo potrzebowały stabilizacji i spokoju. Jak pisało w początkach 1943 roku Poselstwo RP w Teheranie do ministra spraw zagranicznych Edwarda Raczyńskiego:
Irańczycy naprawdę gościnni i o współczujących sercach, przyjęli Polaków jak najlepiej. Iran wydawał się rajem – możność najedzenia się do syta, kupienia bez trudu różnych drobiazgów, wywoływała nieustanne zachwyty. Nie raziły nikogo niewygody życia obozowego i upały wczesnej zeszłorocznej wiosny.
Łącznie do Persji ewakuowanych zostało z „nieludzkiej ziemi” blisko 110 tysięcy obywateli polskich. Do dziś na zadbanych polskich cmentarzach na terytorium Iranu spoczywa 2806 naszych rodaków – zesłańców Sybiru, którym niedane było powrócić w rodzinne strony.