Cytologia płynna, znacznie bardziej czuła, niż to samo badanie wykonywane metodą tradycyjną, weszła do łomżyńskiego Szpitala Wojewódzkiego. Przeprowadzona w ten sposób, pozwala lekarzowi postawić jednoznaczną diagnozę, a pacjentom oszczędza czas stracony na powtórne badania. Jak zawsze w przypadku metod nowoczesnych, ma jeden minus- nie jest refundowana przez NFZ. Za badanie trzeba zapłacić z własnej kieszeni.
- Ocena materiału cytologicznego metodą tradycyjną, rozmazu pod mikroskopem, często zostawia wiele wątpliwości. Lekarz nie ma ich, kiedy ewidentnie widać komórki nowotworowe lub wtedy, kiedy materiał jest "czysty", zupełnie pozbawiony komórek patologicznych. W organizmie jest jednak wiele stanów pośrednich, które każą ocenić materiał jako "niepewny" i skierować pacjentów na powtórne badania- tłumaczy dr Krzysztof Dach, patomorfolog ze Szpitala Wojewódzkiego w Łomży.
Cytologia płynna, zwana też cienkowarstwową, takie wątpliwości eliminuje. Urządzenie wykorzystywane do oceny pobranego materiału najpierw separuje komórki, oddzielając te, które świadczą np. o stanie zapalnym. Potem ocenia tylko te właściwe. Jej czułość szacowana jest na ponad 60 proc. wyżej, niż badanie metodą tradycyjną. Może być stosowana nie tylko w przypadku diagnostyki raka szyjki macicy, ale także raka prostaty, układu moczowego czy oddechowego.
Jak wszystko, co nowe, nie jest jednak refundowana przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Choć lekarze mają nadzieję, że metoda będzie opłacana przez Fundusz już za rok, na razie trzeba za nią zapłacić z własnej kieszeni. Badanie kosztuje ok. 180 złotych.
Urządzenie użytkowane z łomżyńskim szpitalu od ubiegłego tygodnia, na razie wykonało kilka badań. W Polsce metoda cienkowarstwowa stosowana jest zaledwie w trzech ośrodkach medycznych. W Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych za jej pomocą stawia się większość diagnoz.