Ledwie trzy dni trwały majowe przymrozki, a rolnicy już podnieśli krzyk, że zbiory w tym roku się nie udadzą. Co nas zatem czeka? Oczywiście wzrost cen: warzyw, owoców i wszelkich przetworów z ich zawartością.Nasza rzeczywistość jest taka przewidywalna...
Uprawy to część natury, zgoda. Jako takie, podlegają zależnościom aury, warunkom zewnętrzynym. Huragan połamie drzewa owocowe, dwa tygodnie dżdżystego czerwca sprawia, że truskawkom brakuje słodyczy, a potężny grad może połamać zboże. To wszystko prawda.
Ale ledwie trzy dni (a raczej noce) przymrozków, i już zewsząd słyszymy, że w tym roku plony będą "do niczego"?A takie zdanie rolników słychać w ostatnich dniach jak Polska długa i szeroka.
Wydaje mi się, że pogoda stała się kolejnym wytrychem, za pomoca którego łatwo drenować nasze kieszenie. Ledwie zbyt mokro/zimno/ciepło (wybierz dowolne) to ceny żywności i tak idą w górę. Ledwie nadchodzi ciepły weekend i czas urlopów, tradycyjnie i ceny paliw wzrastają.
I tak to się kręci. Każdy powód jest dobry, by uzasadnić podwyżkę. I jednocześnie każdy jest tak samo dobry, by podwyżki nie dostali pracownicy. Ten schemat jest aż do bólu przewidywalny. Dlatego proponuję wszystkim w tym roku chwycić za motykę i grabie i posadzić sobie przed domem choćby kika krzaczków truskawek. Może taka masowa akcja opamięta tych, których nawet majowe przymrozki nie zdołały otrzeźwić.