Nigdzie człowiek nie dowie się tyle o swoim bliźnim, co zaczerpnie informacji odwiedzając jego dom. A że nie zawsze są to informacje, które powinny ujrzeć światło dzienne...
Ostatnio miałam okazję poznać "od podszewki" pracę ulotkowicza. Promocja m.in. niniejszego portalu (swoją drogą, mam nadzieję, że z radością znaleźliście w skrzynkach pocztowych ulotki reklamujące MyLomza? :) )oraz inne działania sprawiły, że miałam do czynienia z różnej maści ulotkowiczami. W końcu przyszedł jednak czas, że i ja zakasałam rękawy i ruszyłam od klatki do klatki.
Wszyscy ulotkowicze najchętniej odwiedzają bloki - wiadomo, tam zostaje najwięcej ulotek. Niestety, mieszkańcy mają na ten temat odmienne opinie. Szczególnie wyczuleni są lokatorzy na parterze. Im dźwięk domofonu i hasło: "Dzień dobry, ulotki!" mrozi krew w żyłach. Usłyszałam, właśnie przez domofon, że:
1. mogłabym mieć trochę litości i nie dzwonić do kogoś, kto ma chorą nogę, oraz za niskie/ za wysokie ciśnienie
2. mogłabym dzwonić wcześniej,
3. mogłabym dzwonić później
4. mogłabym wcale nie przychodzić
5. mogłabym dzwonić do tych na piętrze, bo parter ma dość.,
6. mogłabym dzwonić do tych na parterze, bo ci z piętra nie widzą, komu otwierają.
Poza tym osoby, które spotkałam na swym ulotkowym szlaku, zdradziły mi, że większośc firm płaci im za tak przyjemną pracę ok. 5,5 na godzinę.
Spotkana przy skrzynkach radna, starająca się o ponowny wybór, zdradziła zaś, że ulotki musi nosić sama, bo znalezienie człowieka do tej pracy, szczególnie przed wyborami, to zadanie karkołomne.
Po wszystkich doświadczeniach, masując obolałe nogi i ramiona, apeluję: ulotkowicze, nie dajcie się! Do wszystkch przeciwności i zamkniętych drzwi podchodźcie z humorem.
A do wszystkich drogich Internautów mam prośbę- otwierajcie drzwi osobom roznoszącym ulotki. Szczególnie w listopadzie, kiedy wiatr i deszcz nie sprzyjają kilkugodzinnym spacerom po dworzu.